O tym, dlaczego dziecko nie powinno być grzeczne.

Niesforne dziecko często przysparza rodzicom kłopotów. W reakcji na to zmartwieni opiekunowie pojawiają się w gabinecie psychologa z pytaniem o to,” co robią nie tak” i jak mają syna/córkę „naprawić”. Tymczasem dziecko ze swoją energią potrzebuje być dokładnie takim jakie jest- spontanicznym, żywym, eksperymentującym, emocjonalnym.

Dziecko, szczególnie to małe (1-3 rok życia), uczy się świata poprzez eksperymentowanie z nim. Potrzebuje włożyć rączkę w torebkę mąki, polizać szybę, wejść w kałużę. Jeśli słyszy „nie”- buntuje się. Jego sprzeciw, to prawidłowa reakcja, która świadczy o tym, że maluch ma kontakt ze swoimi pragnieniami oraz czuje się przy rodzicach bezpiecznie.

Dziecko potrzebuje również w przypadku zwątpienia wrócić do rodzica, żeby otrzymać od niego wsparcie. Jeśli słyszy „chciałeś to masz, teraz sobie radź sam” („wszedłeś na to drzewo, to teraz zejdź”)- uczy się bezradności i wycofuje ze smakowania życia.

Zdarza się też, że rodzic nadmiernie chroni dziecko („nie wchodź tak wysoko, bo spadniesz”), albo nadmiernie stapia się z nim („chodź dalej, nie lubimy karuzeli”, „siadamy do stołu, jesteśmy głodni”). W takiej sytuacji dziecko może stracić wiarę we własne możliwości i nauczy się „swoje potrzeby” odnajdywać w innych osobach.

Wszystkie wymienione przykłady sprowadzają się do tego, że dziecko blokuje nie tylko swoją naturalną ciekawość, ale i swoje emocje. Podporządkowuje się, bo nie chce stracić miłości rodzica. Emocje nie są uświadamiane przez dziecko, nie są adekwatnie ujawnianie, lokują się w jego wnętrzu i obracają przeciwko niemu. Dzieje tak tak, gdy rodzic w swoich reakcjach powtarza te same sposoby reagowania, gdy nie ma w nich elastyczności.

Jak zatem wychować wystarczająco grzeczne dziecko? Jako mama dwójki, ciągle się tego uczę. Staram się dawać im przestrzeń, tłumaczyć i wspierać. Nie do upadłego, dbam też w tym o siebie. Doświadczają mojego sprzeciwu, ja również spotykam się z ich odmiennym zdaniem i pomysłami. Złościmy się na siebie. Rozumiem jeśli zapominają się wtedy i ciosają piorunami, nie biorę tego przeciwko sobie. Staram się przyjmować i oddawać to, jak bardzo im trudno. Sama dokładam wielu starań, by złościć się w sposób, który nie będzie ich krzywdził- wciąż często mi się to nie udaje. Może rozmowy o tym sprawią chociaż, że będą dawały sobie w życiu prawo do popełniania błędów. Nie kontroluję nadmiernie, staram się odchodzić od sztywnych norm („trzeba ucałować ciocię na przywitanie”) i nie powielać tego, co kiedyś było uznawane za słuszne („nie odzywaj się nie pytana”, „dzieci i ryby głosu nie mają”). Dokładam starań, by zamieniać wszystkie „musisz, powinieneś” na „chcesz, wybierasz”. Dopinguję ich samodzielność- trochę z lenistwa, trochę z egoizmu, wierzę w ich możliwości. Czasem wyręczam, by mogły poczuć się wyjątkowo. Nic nie jest białe, albo czarne. Chyba nie powinno takie być.

Nie chcę, żeby moje dzieci były grzeczne. Chcę, żeby były sobą. Niech się śmieją, skaczą, sprzeciwiają, wyrażają własne zdanie całymi sobą. Chcę je w tym szanować, akceptować i kochać. Wierzę, że to wystarczy, by one szanowały (siebie i innych), by były dobrymi ludźmi.

Ratunku, mój syn jest agresywny!

Wrzesień pełną parą, dzieciaki dzielnie maszerują do szkół. Rodzice też wędrują… na wywiadówki. Dzieje się- Krzyś popchnął Jasia, Leon biegał po korytarzu, Gabryś z Filipem rzucali plecakami. Rodzicu, czy dziecko ma jakiś problem? A może w domu dzieje się coś niedobrego? Nie akceptujemy agresji w szkole- możemy usłyszeć.

Praca w placówkach edukacyjnych niejednokrotnie pokazała mi jak łatwo o etykietę- dziecko niegrzeczne, nadpobudliwe, agresywne.

Tymczasem zachowania takie jak np. wzajemne przepychanki, siłowanie są u chłopców w szkole podstawowej objawem normy i prawidłowego rozwoju. Problem jest wówczas, gdy mamy do czynienia z sytuacją nierównych sił i celowego wyrządzenia krzywdy.

Dziecko jest w domu zazwyczaj głównym ośrodkiem zainteresowania rodziny. W szkole staje się jednym z wielu, bywa że nie jest akceptowane przez grupę, albo trudno mu się w niej odnaleźć. Malec rozpoczynający naukę męczy się dyscypliną szkolna, specyficzną monotonią dnia, koniecznością spędzenia wielu godzin w pozycji siedzącej. Pojawia się potrzeba odreagowania.

Z nadejściem okresu dojrzewania chłopcy zaczynają z dumą odnosić się do swoich mięśni i możliwości fizycznych. Bardzo chętnie uprawiają ćwiczenia ruchowe, zwłaszcza siłowe. Szukają okazji do walki, przy czym nie jest to tylko potrzeba próby swych sił, jest to także chęć treningu. Znowu łatwo się pomylić.

Użycie siły nie zawsze jest agresją, destrukcją, dręczeniem młodszych. Zanim ocenimy dziecko sprawdźmy, czy rzeczywiście chciało zrobić komuś krzywdę, czy może stała za tym potrzeba rozładowania napięcia, męskiego honoru, energii której źródłem jest burza hormonów.

Dziecko uczy się od nas, dorosłych. Jeśli zachowanie, które wynika z potrzeb rozwojowych będzie spotykało się z krytyką, czy negatywną oceną pojawi się napięcie, złość, niezrozumienie. To prosta droga do tego, by zwykła „agresja rytualna” zamieniła się w tą destrukcyjną.

Każdy z nas ma agresywną część w sobie. Istotne jest, by móc ją zaakceptować i panować nad nią (nie bać się jej). Jeśli będziemy zwalczać ją u dzieci jako coś złego i nieakceptowanego, spowodujemy, że dziecko np. nauczy się kierować ją do siebie, przeciwko sobie.

Zachęcam każdego ojca, by posiłował się ze swoim synem we wspólnej zabawie. Przepychajcie się, tarzajcie po podłodze, bądźcie blisko siebie. Celem nich będzie pozytywne połączenie męskiej siły i energii. Fantastyczna zabawa bez ograniczeń wiekowych.

Podsumowując, jeśli słyszysz Rodzicu, że Twój syn „znowu…”, sprawdź co za tym się kryje i wspólnie poszukajcie możliwości zrealizowania danej potrzeby. Twoje dziecko nie jest agresywne.

Bezpieczny świat dziecka i emocje rodziców

Jako mama dwójki dzieci wiem jak ważny jest spokój i opanowanie. Doświadczam też jak w praktyce blisko jest do chaosu i zniecierpliwienia.

Im dziecko jest bardziej wrażliwe czy boleśniej doświadczone, tym trudniejsze może stawać się jego wspieranie. Trudności przejawiają się w tym, że np dziecko wolno przyzwyczaja się do nowych sytuacji, łatwo ulega nadmiernemu pobudzeniu, często dużo silniej odbiera odczucia płynące z ciała, niezaspokojenie podstawowych potrzeb (głód, niewyspanie) powoduje u niego wyraźne pogorszenie funkcjonowania. To przekłada się bezpośrednio na jego relacje z najbliższymi i funkcjonowanie otoczenia.

Namnożenie takich trudności może być dla nas- rodziców/wychowawców źródłem złości czy frustracji, szczególnie gdy nie do końca nie rozumiemy mechanizmy stojące za zachowaniem dziecka.

Tymczasem spokój i bezpieczeństwo są niezastąpione w trudnych dla dziecka chwilach. Potrzebuje ono wsparcia i ujarzmienia gwałtownych emocji. Konfrontacja na nic się nie zda, jego świat wewnętrzny jest wystarczająco chaotyczny. Im więcej trudności doświadcza dziecko, tym w chwilach kryzysu intensywniej koncentruje się na tym, by przetrwać i ochronić się. Boi się swoich emocji, boi się nieprzewidywalnego dorosłego. Reagując opanowaniem i cierpliwością pokazujemy dziecku, że jest bezpieczne. Uczymy go, że mimo iż sytuacja jest (również dla nas) trudna, można doświadczać silnych emocji i jednocześnie nie tracić nad nimi kontroli, można czuć się źle i nie musi to być destrukcyjne. Dziecko również może i tego poprzez naszą postawę będzie doświadczać. Będzie obserwowało, że można złościć się, a jednocześnie panować nad tą złością.

Pomocne okaże się nazywanie tego, co obserwujemy (nie- ocenianie), zrozumienie i empatia. Dla przykładu, gdy Twoja nastolatka krzyczy, że „jesteś głupia i nienawidzi cię, bo nie pozwalasz jej do późna przebywać poza domem”, możesz powiedzieć „rozumiem, że koleżanki są dla ciebie ważne i trudne jest dla ciebie to, że o 19 musisz wrócić do domu. W weekend możemy porozmawiać o tym, byś mogła wrócić później. Co ty na to?”. Jednocześnie, gdy sytuacja się „unormuje”, można wspomnieć, że „akceptujesz jej uczucia, niemniej chciałabyś, żeby wyrażała złość tak, by cię nie obrażać”. Analogicznie można postąpić względem młodszych dzieci. Ważne, by uwzględniać wiek naszego dziecka i to jakimi prawami się on rządzi.

Dziecko radzi sobie najlepiej jak potrafi, szanujmy go bezwarunkowo, pocieszajmy, uczmy i ceńmy.

Nie płacz Ewka, bo tu miejsca brak…

Oprócz Ewki, usłyszeć można tu i ówdzie– chłopaki nie płaczą, głowa do góry, wszystko będzie dobrze, nie przyjmuj się. ..

Rodzice, którzy boją się własnych łez, często nie akceptują płaczu swoich dzieci. Ich „pociechy” mają być miłe, radosne, pełne optymizmu. W takich rodzinach płacz uznawany jest za oznakę porażki i słabości, a dziecko w toku rozwoju tworzy fasadę- wiele zniosę, będę silny. Za tym idzie perfekcjonizm, wygórowane wymagania, chęć sprostania nadludzkim ideałom. Nie ma czasu na odpoczynek, błędy, utrudniony jest dostęp do potrzeb i cierpienia. Tak jakby smutek i radość nie były dwiema stronami całości…

Tymczasem pod szorstką powierzchownością skrywa się łagodność dla siebie i innych (także w aspekcie stawianych wymagań).

Płacząc możemy czuć się zawstydzeni i/ lub upokorzeni. Związane jest to między innymi z tym, jak na nasze łzy reagowali nasi rodzice i osoby znaczące- czy znajdowaliśmy ukojenie, czy doznawaliśmy bolesnego upokorzenia- czy mieliśmy szansę być dziećmi niedoskonałymi i niezaradnymi.

Płacząc doświadczamy też ulgi.

Dzieje się tak często podczas terapii, gdy w atmosferze troski i akceptacji możemy ujawnić i wyrazić lata tłumionego płaczu. Możemy płakać bez powodu i usprawiedliwienia, możemy płakać bez oceny i upokorzenia. Łzy zmiękczają obronną zbroję i otwierają serce. Łzy pomagają uznać ból i zranienie zanim te zostaną uzdrowione.

Do napisania tego artykuły zainspirowała mnie książka „Córki i ojcowie w analizie Jungowskiej” L. Schierse Leonard. Autorka opisuje w niej trudne relacje na płaszczyźnie córka- ojciec oraz drogę do wewnętrznego uzdrowienia tejże. Płacz zajmuje w niej ważne miejsce, bo…

Istnieje pałac który otwiera się wyłącznie dzięki łzom” Zohar

Płaczmy, miejsca wystarczy da wszystkich.

Psychoterapia w nurcie Gestalt- kierunek na mapie

Kiedyś pytano Buddę: Na czym polega wasza praktyka?
Kiedy jemy – to jemy, kiedy chodzimy, to chodzimy, kiedy śpimy, to śpimy.
Ale to nic szczególnego! Przecież my robimy to samo!
Nie całkiem. Kiedy siedzicie, to już stoicie. Kiedy stoicie, to już biegniecie. Kiedy biegniecie, to już na mecie.”

Ta buddyjska przypowieść zawiera w sobie wielką mądrość, to co bliskie mi w Gestalcie- być tu i teraz. Być w teraźniejszości- nie w przeszłości, nie w przyszłości. Łatwo jest, gdy dzieje się coś ekscytującego, wyczekanego, wypełnionego emocjami. Trudniej, w codziennym szarym życiu, w czasie smutku i niepożądanych zdarzeń. Znane mi są trudności w takim byciu- podążanie za wspomnieniami, pragnieniami, planami na bliższą i dalszą przyszłość. Będąc w swoich myślach można wykreować to, co się chce. Można oddalić się od samotności, pustki, nudy, odczuwania tego, czego czuć nie chcemy. Tymczasem naprawdę dzieje się to, co wydarza się w tym momencie. Prawdziwa rzeczywistość dzieje się właśnie teraz.

Jak to się przekłada na terapię Gestalt? Lekkie „życie chwilą”, odcięcie się od przeszłości, zdanie się na los w kwesti przyszłości? Nie. Oznacza to, że każdy z nas nosi swój bagaż doświadczeń, nierozwiązanych spraw z przeszłości, które wnikając do codzienności powodują powielanie schematów. Dlaczego znowu trafiłam na takiego mężczyznę? Dlaczego, gdy spotykam się z moim szefem staję się małą dziewczynką i nie mówię tego, czego chcę? Dlaczego…? W gabinecie doświadczamy przeszłości i przyszłości w taki sposób w jaki pojawiają się one w chwili obecnej. Przeżywamy je w teraźniejszości. To pozwala nam pozamykać stare sprawy, przyjmować życie takie jakim jest (jakie wybieram i za jakie biorę odpowiedzialność). Innego nie ma…

Gdy piszę ten tekst czuję radość, że myśli ubrały się w słowa, a słowa w zdania. Czuję ciepło padającego słońca, słyszę rozmowy dobiegające zza okna… jestem.

Rola matki w pierwszym okresie życia dziecka

To, że każde dziecko potrzebuje matki, wie chyba każdy. Jaka jest jej rola na różnych etapach rozwoju dziecka? Dziś właśnie o tym. Chciałabym zatrzymać się przy pierwszym okresie życia dziecka, tj pierwszych 5-6 miesiącach. Różne są teorie rozwoju, większość z nich jednak zgodnie opisuje pierwsze tygodnie życia dziecka (do ok 4 tygodnia) jako czas, w którym najważniejsze jest dla dziecka pożywienie. To ono stanowi o jego przetrwaniu, o życiu. Noworodek czuje całym sobą, nie różnicuje głodu jako czegoś z wewnątrz. Ono jest głodem. Ważna jest dla niego bliskość i zaspokojenie potrzeb. To one zapewniają spokój i bezpieczeństwo. Osoba matki schodzi trochę na drugi plan, ważna jest pierś (butelka). Ten etap kończy się wraz z pierwszym uśmiechem. Wówczas matka staje się najważniejsza, staje się jednością z dzieckiem (w jego przekonaniu). Dziecko uśmiecha się do niej, tworzy podstawę przywiązania (faza symbiotyczna wg M. Mahler). W tym okresie rozwijają się podstawy empatii, bazowego zaufania vs jego braku. Dzieje się tak właśnie za sprawą matki- jej obecności, czułości, odzwierciedlenia (uśmiecham się w odpowiedzi na twój uśmiech, marszczę czoło, gdy widzę że ty się złościsz), zauważania potrzeb dziecka i adekwatnego reagowania na nie. Czasem zdarza się tak, że matki nie ma- z powodu choroby, śmierci, konsekwencji działań szkodzących dziecku. Wówczas ważne staje się, by zapewnić dziecku inny stały obiekt, który przejmie rolę głównego opiekuna. Kluczowe jest tu słowo- stały, ponieważ jest to czas w którym dziecko tworzy podstawy bezpieczeństwa. Potrzebuje stałości, przewidywalności, możliwości „zlania się” z kimś. Ważne jest, że na późniejszych etapach życia nie da się tego „nadrobić”. Jeśli dziecko w kolejnych miesiącach, latach doświadczy „dobrego dzieciństwa”, nauczy się przez „powtarzanie” różnych wzorców nawiązywania relacji z innymi ludźmi, ze światem, sobą. Nigdy jednak nie będzie miało w sobie bazy, fundamentu, zakotwiczenia. Może się pojawić pytanie o ojca. Ojciec też jest ważny. Znowu, na różnych etapach inaczej. O tym innym razem. Dziś chciałabym podzielić się z Wami wyczytaną kiedyś sentencją- „najpiękniejsze co ojciec może dać dziecku, to miłość do jego matki”. Doświadczyłam, że miłość ta w pierwszych miesiącach życia dziecka jest tym bardziej ważna i potrzebna.

Rodzic do rodzica

Koronawirus- jedno słowo, wiele treści. Pierwsze emocje opadły, pojawiają się trudności. Niemożność spotykania się z ludźmi, konieczność spędzania czasu ciągle w tym samym gronie i miejscu, dynamika sytuacji epidemiologicznej, niepewność tej gospodarczej. Osobiście budzi to we mnie cały wachlarz emocji- lęk, złość, radość, smutek. Przypieczętowuję to wszystko… zmęczeniem. Brzmi znajomo?

Z racji zamknięcia szkół, pracuję zdalnie. Za tym wielkim słowem kryje się próba wyjścia naprzeciw potrzebom rodzin uczniów zaopiekowanych przeze mnie. Nie wiem, czy sytuację komplikuje, czy ułatwia fakt, że sama jestem mamą dziecka szkolnego. W tym kontekście, blisko mi do niemocy rodziców stawiających się w roli „nauczyciela” własnego dziecka. Na szczęście, od początku jego edukacji kładłam nacisk na samodzielność. Pomagam wtedy, gdy zwraca się o pomoc albo, gdy widzę, że zachodzi taka konieczność. Nie kontroluję i nie sprawdzam na wyrost. To owocuje- teraz jedynie drukuję karty pracy i tłumaczę tylko niezrozumiałe jej aspekty. Da się przeżyć. Trudność pojawia się w momencie samego motywowania do nauki. I tu ukłon w stronę tatusiów. Tam, gdzie mama reaguje emocjami (albo odwrotnie-tata), tam tata (mama) może pomóc dystansem i spokojem. Sprawdziłam na sobie, działa. Poza tym rozmowa, rozmowa, rozmowa- ale to wszyscy wiemy.

Inna kwestia- czas wolny i wszechobecne „nudzimisie”. Nie jestem animatorem we własnym domu i zachęcam dziecko do zabawy własnej (nie mylić z czasem przed smartfonem itd), albo…. nudy. W ten sposób doceniamy czas spędzany razem i staramy się go maksymalnie wykorzystać. Każdego dnia daję z siebie tyle, ile mogę dać. Tyle na ile wystarcza mi sił, chęci i czasu (i staram się nie mieć wyrzutów sumienia, że za mało, za krótko, zbyt mało twórczo:)).

Inna trudność koronawirusowa- pozostali domownicy. Każdy ma swoje potrzeby, trudności i zadania do zrealizowania. Czy istnieje sposób, by to pogodzić? Póki co, szukam. Dotychczas zaowocowała zmiana perspektywy. Poczułam radość, gdy na zwykłym, codziennym spacerze z dziećmi, zamieniłyśmy się z córką rolami- ona pchała wózek z bratem, a ja jechałam na hulajnodze. Co się wydarzyło? Błahostka, każda z nas zmieniła punkt widzenia. I tu nasuwa mi się refleksja, że w czasie, gdy jest tyle lęku i środków ostrożności, ważne jest, by dać sobie przestrzeń na trochę luzu, swobody. Tak, by obniżyć i tak duży już poziom napięcia.

Wiele aspektów musimy kontrolować- mycie rąk, trzymanie dystansu, samopoczucie własne i naszych bliskich. W jakich obszarach możemy odpuścić? Może dziecko nie musi odrabiać wszystkich lekcji „pod linijkę”, może daj sobie prawo do „nie wiem, jak rozwiązać to zadanie- skontaktuj się z nauczycielem”, może niech młodsze dziecko pobiega w niewyprasowanych ubraniach, albo poogląda bajkę 10 minut dłużej podczas, gdy Ty porozmawiasz z kimś dorosłym- choćby przez telefon? Ważne jest też, by chcieć i móc wyrazić własną frustracje, złość, strach.

Idealnym byłoby też, gdyby w środowisku domowym dało się podzielić obowiązki. Tak, by każdy miał przestrzeń na siebie. W wielu domach rodzice, którzy na co dzień odwozili dzieci do przedszkól i szkół, teraz pozostają w domu, pracują zdalnie i ogarniają wszystko, co się z tym wiąże. To rodzi dodatkową trudność i zagubienie. Obowiązki są ważne, ale jeszcze ważniejsze jest, by przełożyć je na sytuację w której przyszło nam się znaleźć. Zanim zaplanujemy nadrobienie wszystkich zaległości z każdej dziedziny- przyjrzyjmy się tym, którzy żyją obok nas. Sytuacja coraz bardziej rozciąga się w czasie, co szybko może prowadzić do przeciążeń i związanych z nimi konsekwencjami. Świat nie będzie już taki sam. A my w nim…

Życzę sobie i Wam dużo wewnętrznego spokoju, radości dziecka, które w każdym z nas drzemie i wielkich pokładów zdrowia.

Dzieci a koronawirus- jak rozmawiać?

Opracowanie Amerykańskiej Akademii Psychiatrii Dzieci i Młodzieży dotyczące rozmowy z dziećmi i adolescentami o aktualnych wydarzeniach:

  1. Ważne, by stworzyć dzieciom wspierające środowisko, tak aby czuło się bezpiecznie zadając pytania. Jeśli dziecko nie wykazuje gotowości, nie zmuszaj go do rozmowy.
  2. Odpowiadaj szczerze na zadawane Ci przez dziecko pytania, mając na uwadze jego wiek i wrażliwość.
  3. Używaj zrozumiałych dla dziecka słów. Dostosuj formę komunikacji do wieku, umiejętności i poziomu rozwoju dziecka.
  4. Korzystaj z wiarygodnych źródeł informacji (np. raporty WHO czy gov).
    https://www.gov.pl/web/zdrowie/co-musisz-wiedziec-o-koronawirusie
    https://www.who.int/emergencies/diseases/novel-coronavirus-2019
  5. Bądź przygotowany na to, że wielokrotnie będziesz powtarzać informację lub
    wyjaśnienia. Wielokrotne pytanie o tą samą sprawę, może być formą poszukiwania przez dziecko wsparcia.
  6. Razem z dzieckiem rozpoznajcie i nazwijcie uczucia, które mu towarzyszą. Pozwól
    dziecku odczuć, że jego pytania i zmartwienia są ważne i odpowiednie.
  7. Pamiętaj, że dzieci podchodzą do każdej sytuacji bardzo indywidualnie. Mogą wykazywać oznaki zamartwiania się o krewnych, przyjaciół i znajomych. Mogą bać się o własne bezpieczeństwo i bezpieczeństwo członków rodziny. Pytać o rodzinę lub znajomych mieszkających za granicą.
  8. Wspieraj dziecko, ale nie dawaj obietnic bez pokrycia. Możesz zapewnić dziecku
    poczucie bezpieczeństwa w domu, ale nie możesz zagwarantować, że nikt w obrębie regionu nie zachoruje.
  9. Uświadom dziecko, że osoby dotknięte koronawirusem otrzymują pomoc. To dobra okazja, by pokazać dzieciom, że gdy dzieje się coś przerażającego lub złego, zawsze można zwrócić się o pomoc i są ku temu odpowiednie służby.
  10. Dzieci uczą się od najbliższych dorosłych: rodziców i nauczycieli. Będą obserwować Twoje zachowanie i reakcje na wiadomości dotyczące wirusa. Uczą się również poprzez słuchanie rozmów dorosłych, pamiętaj o tym.
  11. Niewskazane jest nadmierne oglądanie przez dziecko telewizji i słuchanie wiadomości. Tego typu działania mogą wywoływać nadmierny lęk i napięcie.
  12. Dzieci, które doświadczyły poważnej choroby lub straty mogą być wyjątkowo wrażliwe i wykazywać nadmierne reakcje na obrazy i raporty prezentowane w mediach dotyczące choroby i śmierci. Te dzieci wymagają dodatkowej uwagi i wsparcia z Waszej strony.
  13. Szczególnej troski i monitorowania wymagają następujące objawy ze strony dziecka: zaburzenia snu, nadmierne zamartwianie się, lęki na temat śmierci i choroby. Nasilone mogą wymagać konsultacji psychologicznej.
  14. Mimo, że osoby dorosłe mogą być stale zainteresowane codziennymi wydarzeniami, pamiętajmy, że większość dzieci chce być po prostu dziećmi. Mogą nie wykazywać zainteresowania sytuacją lub nie chcieć myśleć o tym co dzieje się w kraju lub za granicą. Będą wolały grać w gry, bawić się, czy czytać książki i warto im na to pozwolić z zachowaniem aktualnych wskazań prozdrowotnych i profilaktycznych.
    Sytuacja zagrożenia zdrowia jest trudna do zrozumienia i zaakceptowania. Nic więc dziwnego, że wiele dzieci może czuć się zagubionych, wystraszonych. Jako dbający dorośli, możemy pomóc poprzez słuchanie oraz odpowiadanie w sposób wspierający, szczery i zrozumiały. Na szczęście często dzieci wykazują dużą odporność psychiczną, ważne jest jednak, by tworzyć bezpieczne i otwarte środowisko, w którym dzieci będą czuły się swobodnie zadając pytania. Możemy skutecznie pomóc dzieciom w radzeniu sobie w stresujących wydarzeniach i zminimalizować odczuwane napięcie.
    Na podstawie:
    Fassler, D. (2020). Talking with children about coronavirus (COVID19). American Academy of Child and Adolescent Psychiatry. [dostępny www.aacap.org 13.03.2020].

Emocje i rozum- na miarę naszych potrzeb.

W sytuacji zagrożenia, takiej która nas aktualnie dotyka, możemy się czuć zagubieni, odarci z poczucia bezpieczeństwa. Dotyczy to każdego- dorosłych i dzieci. Zamykane są szkoły, restauracje, instytucje kulturalne, wokół słyszymy o ludziach objętych kwarantanną, o tym „co musimy” i czego „nie możemy”. Zagrożone jest zdrowie nasze i naszych bliskich. Budzi to różne emocje- od panicznego lęku, po złość.

Szczególnie narażone są dzieci. Dzieci nie mają całościowego spojrzenia na sytuację- wyłapują skrawki informacji, ale przede wszystkim są emocjonalną „busolą” rodziców.

I tak, rodzic może np. tłumaczyć „nie martw się, wszystko jest ok”, ale całym sobą pokazuje, że jest inaczej- poszukuje informacji o kolejnych zachorowaniach, odsłuchuje wszystkie wiadomości medialne, gromadzi zapasy żywnościowe, jest zdenerwowany i niecierpliwy. Wówczas dziecko dostaje sprzeczne informacje, boi się tego, co dzieje się dookoła i boi się z powodu tego, że nie ma żadnej możliwości uzewnętrznienia i sprawdzenia swoich lęków.

Przeciwna sytuacja to taka, kiedy rodzic „zalany” własnymi emocjami, przelewa je na dziecko. Wówczas dziecko może odsunąć się od własnego lęku (tylko pozornie), żeby ratować rodzica. Nie będzie mówiło o tym, co czuje, żeby nie zamartwiać dodatkowo rodzica, w ogóle nie będzie chciało czuć.

Zatem jak sobie radzić? Nie ma gotowej recepty. Ważne, by słuchać siebie. Nie jest możliwe, żebyśmy byli w kontakcie z dzieckiem, jeśli nie mamy kontaktu ze sobą- świadomości własnych myśli, odczuć, ciała…

1. Usiądź na chwilę, pomyśl o sytuacji w jakiej się znajdujesz. Zastanów się, gdzie w swoim ciele to odczuwasz? W jaki sposób? Czego ci potrzeba w związku z tym? Koncentruj się tylko na teraźniejszości.

2. To samo zrób ze swoimi myślami. Nie kieruj nimi, pozwól im swobodnie płynąć. Zobacz dokąd zmierzają, czego dotyczą, nie oceniaj. Jesteś w przeszłości, czy obawach o przyszłość?

Jeśli będziesz świadomy siebie, łatwiej będzie Ci towarzyszyć dziecku. Będziesz mógł realnie odnieść się do sytuacji- „widzę, że boisz się tego, co się dzieje. Tak, sytuacja jest trudna, zagrożenie istnieje, jednak przestrzegając odpowiednich zasad, możemy siebie ochronić”.

Możemy pomóc dziecku w uzewnętrznieniu swojego lęku:

proponuję zabawę do której potrzebne będą: różne rzeczy użytku domowego- pocięte kawałki folii aluminiowej, spożywczej, kawałki materiałów, ściereczek, papieru, bibuły, sznurków, tasiemek, wstążek etc, blok techniczny/grubsza tektura, klej. Zabawa polega na tym, że z tych elementów formujecie swój strach (przyklejając do kartki). Następnie autor opowiada o tym, co widzi w swojej pracy, jakie ma z nią skojarzenia i odczucia. Współtowarzysze również mogą zabierać głos, ważne jest jedynie by nie oceniać (ładne, brzydkie, dziwne) i nie wyśmiewać. Gdy wszyscy opowiedzą o swoich „strachach”, z tych samych materiałów, na tej samej kartce- zamieniacie potwory w karykaturę. Najprościej rzecz ujmując- przeistaczacie go w coś zabawnego.

Zabawa kreatywna, pogłębiająca relację i pomagająca zajrzeć w siebie małym i dużym.

Mam nadzieję, że dla nas wszystkich czas, którego doświadczamy będzie czasem konfrontowania się z tym, co trudne w nas samych, ale w bliskości, wielkiej trosce i… wzrastaniu.

Szewc bez butów… własnej roboty

W chwilach osobistych trudności niezliczoną ilość razy słyszałam „przecież jesteś psychologiem”. W związku z tym oczekuje się że, nie będę wyrażać negatywnych emocji (nadmiernie pozytywnych również nie), słabości, niemocy czy niewiedzy. Wskazane jest natomiast odnajdywanie się zawsze i wszędzie, rozpoznawanie problemów najbliższych niczym rentgen i rozwiązywanie ich z prędkością lotu błyskawicy. Dzieci psychologów również obserwowane są z uważnością.

Podobnie jest z nauczycielami, lekarzami, prawnikami i innymi „społecznymi” zawodami.

Dlaczego psycholog nie powinien zajmować się rodziną, znajomymi? Dlaczego lekarz nie powinien diagnozować i leczyć tychże, a prawnik reprezentować i prowadzić spraw?

Nie pozwala na to etyka zawodowa, a utrudniają… emocje. Nie jest możliwe, żeby na sprawy nam bliskie spojrzeć z należytego dystansu. Nakładają się tu osobiste doświadczenia, uczucia, oceny, powinności (lub ich brak), oczekiwania. Poza tym, gdzieś trzeba znaleźć wytchnienie.

Bycie specjalistą ułatwia pewne rzeczy, np- lekarzowi dawkowanie przepisanych leków, prawnikowi analizowanie pism, psychologowi- prowadzenie rozmów czy rozpoznawanie przyczyn trudności. Jednak rozwiązanie problemu i zmierzenie się z nim w życiu prywatnym, bywa często o wiele trudniejsze. A problemy są- psycholog może mieć depresję, nauczyciel dziecko które ma problemy w nauce, lekarz żonę u której nowotwór zdiagnozowano zbyt późno…

Gdy w takich sytuacjach nakładamy na siebie powinność zawodową, pojawia się wiele zalewających wątpliwości, zagubienie, wewnętrzny chaos, nadmierne wymagania względem siebie i/lub najbliższych, a w końcu- poczucie winy lub przytłoczenia.

Czasami fachowego spojrzenia wymagają od nas najbliżsi, czasami sami wcielamy się w rolę. Jedno i drugie jest krzywdzące. Dobrze jest w życiu osobistym zdjąć z siebie brzemię odpowiedzialności, kontroli, zaopiekować się sobą. Rozgraniczyć i chronić się przed „jak mogłam/mogłem nie….”, „jak mogłaś/ mogłeś nie…”. Być w roli mamy, żony, córki, przyjaciela… blisko siebie samych i siebie wzajemnie.