„Najgorsza strata to ta, z którą zmagamy się teraz”

(Earl Grollman za Kenneth Doka)

Każda śmierć, każda utrata jest trudna. Krąży mit, że jeśli odchodzi ktoś, kto chorował, nie żegnał się ze światem w sposób nagły, żałoba jest łatwiejsze. Tymczasem, nie da się porównać bólu po różnych utratach. Każda żałoba jest inna, nieprzewidywalna. Pewne jest, że po stracie bliskiej osoby, rozpada i zmienia się cały świat. Trzeba zbudować go na nowo. Zebrać rozbite na kawałki lustro i ułożyć w całość, bez ważnego dla nas elementu. To nie jest łatwe. Często rani. Czasami chciałoby się to tak zostawić, odejść, nie ruszać. Zwłaszcza, gdy to nie jest pierwsza bolesna utrata w naszym życiu, gdy po wcześniejszej utracie nie scaliliśmy rozbitej formy. Gdy rozbite szkło nie zespoliło się na nowo, a jedynie zostało prowizorycznie zaklejone taśmą. Wówczas dochodzi do sytuacji w której „ja” przestaje być „mną”. Jesteśmy obok.

Życie to odczuwanie zarówno przyjemności, jak też bólu i smutku. Nie ma innej drogi jak przyjęcie życia z jego radościami i cierpieniem. Życie to nieustanny proces odnajdywania w sobie odwagi, aby w pełni z niego korzystać, rezygnując z biernej wegetacji. Odrzucenie doświadczenia bólu osłabia cierpienie, ale dzieje się to kosztem naszej żywotności– zamknięcie na doświadczanie siebie i świata.

W jakiś sposób poradzić sobie ze stratą? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Należy dać sobie czas (którego nie da się zamknąć w określonych widełkach czasowych), zatroszczyć się o siebie (każdy na swój sposób), dać sobie prawo do braku sił, przeżywania smutku, złości, bierności i do niewiedzy- co i jak dalej. Nie trzeba wszystkiego „od razu”, „tutaj”, „bo tak należy”. Dobrze jest, jeśli towarzyszy nam w tym bliska osoba, której ufamy i która będzie mogła pomóc nam znieść ból oraz drogę przez labirynt splątanych uczuć.

Jak towarzyszyć osobie w żałobie? Warto pamiętać, że rolą „towarzysza” nie jest sprawienie aby strata przestała boleć. Nikt nie jest w stanie odjąć cierpienia osobie, której ktoś bliski zmarł. Można natomiast sprawić, że cierpienie nie będzie przeżywane w samotności.

Unikaj mówienia:

  • ”będzie dobrze”, „czas leczy rany” (osoba w żałobie doświadcza rozpaczy tu i teraz, nie jest w stanie wybiegać w przyszłość). Zamiast tego zapytaj, czy chce porozmawiać o swoich uczuciach, daj wyraz temu, że je dostrzegasz- „widzę, że jest ci trudno. Chcesz o tym pogadać?”
  • „nie płacz” (a dlaczego? Osoba po stracie doświadcza bólu i ma prawo dać temu wyraz. Takie słowa powodują tylko, że osoba nie będzie płakała przy tobie, a nie, że dozna ukojenia).
  • „musisz być silny” (takie mówienia zabiera osobie przestrzeń do przeżycia straty i smutku. Powoduje zamrożenie emocji). Zamiast tego zapytaj- „co ja mogę dla ciebie zrobić?”, „co dodaje ci sił?”
  • ”życie toczy się dalej”, „Bóg tak chciał”(takie stwierdzenia umniejszają przeżywanej stracie, odbierają prawo do przeżywania żałoby). Zamiast tego- bądź, nie chowaj się przed czyimś cierpieniem. Rozmawiaj o osobie która odeszła, wypowiadaj jej imię. Pozwól wybrzmieć smutkowi.
  • ”on już nie cierpi”, w niebie będzie mu lepiej” (świadomość, że bliska osoba już nie cierpi może dawać poczucie ulgi, ale nie zmniejsza tęsknoty, ani bólu). Zamiast tego, zaproponuj konkretną pomoc – zrobienia zakupów, opieki nad dzieckiem. Wysłuchaj, podziel się swoimi wspomnieniami o zmarłym.

Przede wszystkim bądź.

„Kiedy proszę, byś mnie wysłuchał, a ty dajesz mi rady, to nie robisz tego o co cię prosiłem.

Kiedy proszę, byś mnie wysłuchał, a ty zaczynasz mi tłumaczyć, dlaczego nie powinienem się tak czuć, ranisz moje uczucia.

Kiedy proszę, byś mnie wysłuchał, a ty starasz się rozwiązywać moje problemy, czuję, że mnie zawiodłeś.

Wszystko, czego chcę, to byś mnie wysłuchał.

Nic nie mów, nic nie rób – po prostu usłysz mnie.”
Ralph Roughton

  • Bibliografia:
  • Drogowskaźnika Hospicjum Pomorze Dzieciom
  • James I. Kepner „Ciało w procesie psychoterapii Gestalt”

Fotografia w świecie dziecka.

Do napisania tego artykułu zainspirowała mnie moja córka. Któregoś dnia siedząc przy mnie i obserwując to, co robię w telefonie, zapytała: „Wstawiłaś to moje zdjęcie na Fejsa?!”. No właśnie. Dziecię me, nie ma jeszcze tyle lat, by mieć własny dostęp do portali internetowych, ale ma na tyle lat, że potrafić wyrażać swoje zdanie na różne tematy. W tym na publikowanie jej wizerunku. Przez kilka dni te słowa wyraźnie dźwięczały w mojej głowie. Czy równie beztrosko wstawiłabym do sieci zdjęcie męża, siostry, koleżanki? Nie. Zapytałabym o zgodę.

Tymczasem media są pełne zdjęć. Zdjęć dzieci. Tych wstawianych przez rodziców, ale nie tylko. Każdego dnia przedszkola, punkty opieki nad dziećmi wstawiają kilkanaście (jak nie kilkadziesiąt) zdjęć przedstawiających „życie” placówki. Widzimy jak dzieci jedzą, bawią się, uczą. Zdaje się, że aparat w telefonie towarzyszy dzieciom wszędzie. I tu się zatrzymuję.

Różne funkcje mogą pełnić takie zdjęcia. Mogą być dzieleniem się radością/satysfakcją, mogą zaspokajać ciekawość rodzica, wpływać na ich poczucie bezpieczeństwa, mogą budować reklamę placówki, pokazywać ciekawe pomysły. Mogą inspirować. Nie ma w tym nic złego. Jednak jaką funkcję pełnią te zdjęcia w przypadku dzieci?

Dzieci często obserwują rodziców w ważnych dla siebie chwilach- przez wizjer urządzeń elektronicznych. Dotyczy to przełomowych momentów życia, przedstawień w przedszkolu itd. Obserwują Panie, które uwieczniają wykonywane przez nie czynności i każdą fajną zabawę.

Co się dzieje w głowie i sercu takiego dziecka? Jaką ma to funkcję wychowawczą, dydaktyczną? Jak wpływa na budowany wizerunek dziecka i późniejsze wykorzystywanie go przez to dziecko?

Jak by to było, gdyby dziecko recytując wiersz dla mamy zobaczyło łzy w jej oczach, a nie nagrywający telefon? Jakby to było, gdyby Pani w przedszkolu włączyła się do tej super zabawy a nie próbowała zatrzymać czegoś, czego czasem po prostu zatrzymać się ne da? Gdyby rodzic pytał i rozmawiał, a dziecko miało możliwość wyboru, jakim doświadczeniem chce się podzielić, a jakie zatrzymać dla siebie (zamiast na bieżąco śledzić wstawiane przez placówki relacje)?

Zdjęcia są piękne. Pozwalają utrwalać to, co przemija. W moim życiu stanowią ogromną rolę. Wiszą na ścianie, wypełniają albumy, czasem dzielę się nimi w sieci. To, co mnie niepokoi to refleksja nad tym, po co, kiedy i ile? Zostawiam te pytania otwarte. Dla siebie i dla Was.

Biorę odpowiedzialność za siebie. Decyduję o sobie.

Na różnych etapach życia często rozmyślamy o szczęściu. Pragniemy go, tworzymy jego wyobrażenia. Czy można jednoznacznie zdefiniować szczęśliwego człowieka? W swej indywidualności, każdy z nas ma własne jego postrzeganie. Postrzeganie, które zmienia się wraz z upływem czasu, aktualnym kontekstem, potrzebami itd. Do szczęścia potrzeba nam czasem kontaktu z drugim człowiekiem (bliskości, miłości, przyjaźni), wiedzy (o sobie, o innych, o świecie), harmonii (zdrowia, poczucie własnej wartości, czasu dla siebie i bliskich, przestrzeni na wyrażanie emocji i uczuć w sobie i w środowisku), dóbr materialnych (mieszkania, samochodu, pieniędzy). Trudno osiągnąć wszystko, zwłaszcza w jednym czasie i miejscu. Zawsze rodzi się coś jeszcze, coś więcej, inaczej. Czy to oznacza, że szczęście nie jest uchwytne? Zależy. Jeśli potraktujemy szczęście jako coś, co zawsze przypływa „z zewnątrz”, jest zdeterminowane przez rzeczy nie do końca od nas zależne, to jego osiągnięcie może być niemałą trudnością. Może być tez tak, że zdobędziemy cel, a wewnątrz wciąż będziemy odczuwać pustkę. A gdyby tak poszukać w sobie, uzależnić swoje uczucia od siebie? Gdyby tak dokonać wyboru i wziąć za siebie odpowiedzialność? Można przez lata determinować swoje samopoczucie konsekwencjami złych wyborów, brakiem środków finansowych na realizacje marzeń, a możemy dać sobie prawo do przeżycia tego, co mi ten brak robi i decydowania o tym, co dalej z tym robić. Nie dlatego, że „powinnam”, dlatego, że „chcę”, nie dlatego, że „muszę”, a dlatego, że „wybieram”. „Ja”, a nie „ktoś”.

W codziennych rozmowach często używamy zwrotu „ty wkurzyłeś/łaś mnie tym, że…”, „przez ciebie…”. Mówiąc w ten sposób rezygnujemy z możliwości decydowania o sobie i jednocześnie odpowiedzialność tą przenosimy na drugą osobę. Czy druga osoba rzeczywiście może brać odpowiedzialność za nasze odczucia? Najbardziej widoczne staje się to w grupie, gdy postawa jednej osoby wywołuje w różnych osobach zupełnie inne odczucia. Czyli „ja złoszczę się, gdy ty…”, jestem odpowiedzialny za swoje odczucia. W relacjach w innymi i z sobą. Mam wpływ na siebie. Decyduję o sobie.

„Jesteśmy, jacy jesteśmy, poprzez siebie. I poprzez siebie jesteśmy tam, gdzie jesteśmy” (Tischner)

Lustereczko powiedz przecie… kim jestem?

Pragnieniem każdego człowieka jest doświadczanie harmonijnego kontaktu z otoczeniem. Chcemy, by nasze potrzeby były zaspokajane, chcemy w płynny sposób przystosowywać się do zmian, chcemy dokonywać słusznych wyborów, nawiązywać satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi.

Niestety często dzieje się tak, że jesteśmy w konflikcie. Konflikt ten dotyczy naszych potrzeb, pragnień, działań („chcę, ale nie potrafię”), relacji z najbliższymi („czemu on znowu mi to robi?”) i tymi dalszymi („co się ze mną dzieje jak spotykam swojego szefa?”). Wszystkie ważne aspekty naszego życia zdają się zataczać koło. Mówimy wtedy często „muszę się z tym pogodzić”, „moje związki zawsze kończą się tak samo”, „nie mam na to wpływu”. Czujemy złość, albo spotykamy się ze swoją bezradnością. Namawiam Was do tego, by przyjrzeć się temu, co dzieje się z nami. Zostawmy inne osoby (na które i tak nie mamy wpływu, bo decydują same o sobie), a spotkajmy się ze sobą, zadbajmy o własne samopoczucie. Można przyjrzeć się temu, co jest nam potrzebne.

Istotnym może być „oddzielenie” się od innych osób, odnalezienie własnej odrębności. Zamieńmy „my”, na „ja”. „My chcemy spędzić wakacje na łódce”, „my mamy ochotę na schabowego, „denerwują nas głośne rozmowy sąsiadów”. Dlaczego nie powiedzieć „ja chcę spędzić wakacje na łódce”, „mam ochotę na schabowego”, albo „denerwują mnie głośne rozmowy sąsiadów”? Może się okazać, że z łódką nam jest nie po drodze, bliska nam osoba wybierze sałatkę, a hałasy rzeczywiście są dla mnie irytujące i mam prawo to wyrazić. Istotna jest świadomość własnych uczuć, pragnień i potrzeb, a w konsekwencji odróżnienie ich od stanów emocjonalnych innych ludzi. Pozwala to uniezależnić nasze emocje od emocji innych ludzi, iść własną drogą.

Istotne jest również przyjrzenie się temu, co myślimy o samych sobie. Jakie nosimy w sobie przekonania? Skąd one pochodzą? Czyje to słowa? Czy zweryfikowaliśmy je w sobie, czy przyjęliśmy „za pewną monetę”, bez refleksji? „Ty malować? Toż ty nawet kółka nie potrafisz narysować”, „Strach się do ciebie odezwać, bo wiecznie jesteś obrażona”, „porządny dom, to czysty dom”, „wszystkie związki kończą się tak samo”– to tylko przykłady, ale każdy z nas mógłby odnaleźć w sobie wiele własnych. Warto zastanowić się, czy są nam bliskie, zgodne z nami. Warto odnaleźć swój własny sposób na życie.

Jak byliśmy dziećmi, automaty te pozwalały nam funkcjonować. Pozwalały nam czuć się bezpiecznie i blisko z rodzicami. Mamy je bardzo głęboko, bo poniekąd stanowiły o naszym „być albo nie być”. Teraz, jako dorośli ludzie możemy stanąć naprzeciw nim i zobaczyć, czy zapewniają nam komfort, bezpieczeństwo? Czy raczej zabierają nas od siebie? Czy rzeczywiście „chcę i nie potrafię”? Czy może nigdy nie odważyłem się naprawdę spróbować? Czy „on mi to robi”? Czy ja sobie to robię w kontakcie z nim i biorę za to odpowiedzialność (bo mam wybór)? Szef może stanowić jeszcze inną historię 🙂

Wyprawa w głąb siebie jest fascynująca i… nigdy się nie kończy. Zachęcam Was do niej gorąco.

…dziś coś o dorosłych i dla dorosłych. Mała bajka z wielkim morałem.

Rzecz działa się (za górami, za lasami) na skutej lodem północy. Któregoś dnia rybak wybrał się na połów. Hak rybaka zanurzył się w wodzie i zaczepił o szkielet dziewczyny. Rybak w swej niewiedzy pomyślał „to musi być duża ryba. Mam szczęście!”. Przeraził się, gdy ujrzał swoja zdobycz. Krzyczał, próbował wypchnąć szkielet za burtę, zaczął uciekać w kierunku brzegu. W tym czasie Kobieta- szkielet zaplątała się o jego linę. Rybak dobił do brzegu, wyskoczył z łodzi, a szkielet klekotał tuż za nim. Gdy dotarł do swojego igloo pomyślał, że jest już bezpieczny. Nic bardziej mylnego. Zapalił lampkę i ujrzał… coś…coś z piętą na ramieniu, kolanem w klatce piersiowej. Rybak popatrzył i …zatroskał się o Kobietę- Szkielet- przemawiając miękko, zaczął wyplątywać Kobietę- szkielet z liny. Na koniec, gdy wszystkie kości ułożył w odpowiednim porządku, ubrał ją w futro, żeby nie zmarzła. Poczuł senność, wielkie zmęczenie, wślizgnął się pod skóry i zaczął śnić. Był to sen pełen smutku, tęsknoty, samotności. Po policzku spłynęła mu łza. Kobieta- szkielet spiła tą łzę, potem kolejną i kolejną. Aż nasyciła wieloletnie pragnienie. Następnie wyjęła mu serce i zaczęła uderzać w nie, jak w rytmiczny bęben. Bębniąc zaczęła śpiewać, wyśpiewała dłonie, bystre oczy- całe kobiece ciało. A potem oddała myśliwemu serce, ułożyła się obok niego i odtąd trwali razem, już w inny sposób- trwały i dobry…

Historię tę przyrównać można do historii miłości. Patrząc od początku, wszyscy zakochani są ślepi. A potem… gdy wielka ryba bierze, związki często się psują. Gdy trzeba przyjrzeć się temu, co właściwie przyczepiło się do haczyka, gdy (paradoksalnie) wydaje się nam, że zdobiliśmy serce ukochanej osoby- zaczyna się pościg. Pojawia się kolejne często powtarzane zjawisko- im szybciej on ucieka, tym szybciej ona nabiera prędkości. I odwrotnie. W fazie „pościgu” i „ucieczki”pojawia się najwięcej spekulacji, dlaczego ta miłość nie może, nie będzie korzystna dla żadnej ze stron. Partnerzy zaczynają dostrzegać swoje słabości i nie wyleczone urazy- racjonalizują swoje lęki. Lęki przed bliskością, przed zaangażowaniem. Jednak nawet ucieczka jest elementem drogi człowieka do miłości.

„Uciekać jest rzeczą ludzką, byle nie za długo i nie na zawsze”.

Jeśli rodzi się miłość, to wbrew wahaniom, wbrew obrzydzeniu pragniemy dotknąć szkieletu. Chcemy dotknąć tego, co w drugim człowieku nie jest piękne, co w nas nie jest piękne. Kolejna faza- rozplątywanie. Rozplątywanie to czynność, która wymaga skupienia, zagłębienia się w siebie, przejścia przez labirynt do miejsca w którym uzyskujemy nowe spojrzenie. Kiedy rybak uwalnia z pęt Kobietę- Szkielet, zdobywa praktyczną wiedzę o jej konstrukcji, wiedzę o sobie. Gdy choćby jedna mała kostka się przemieści, zostanie wybita, integralna całość zostanie naruszona. W życiu człowieka, w związku dwojga ludzi zachodzi podobne zjawisko. Dlatego tak ważna jest znajomość siebie,otwartość na drugiego człowieka, uważność, skupienie i obserwacja.

Dalej wkraczamy w fazę ufności, zdolności do spokojnego snu przy drugiej osobie. Po ciężkiej pracy myśliwy położył się się obok szkieletu. I wtedy pojawiła się łza. Jeśli ktoś płacze, znaczy to, że odnalazł swój ból, czuje go, widzi że schował się za nim jak za skorupa ochronną, Zaczyna pragnąć, pojawiają się prawdziwe uczucia.

Później jest czas dzielenia przyszłych marzeń i minionych smutków, zespolenia. Fazy te przenikają się ciągle na nowo, przenikają i prowokują do rozwoju.

Podsumowując- aby pokochać, trzeba pocałować wiedźmę i pójść jeszcze dalej. To wybór- można uciekać, tkwić na drodze pozorów”bawmy się”, ciągle wracać do początku. Można też opuścić świat fantazji i wejść w świat, w którym możliwa jest trwała miłość. Bo

„kochać to znaczy zostać, kiedy każda komórka woła uciekaj”.

A więc- zostań, dotknij, pochyl się, zapłacz, żyj.

Na podstawie C. P. Estes „Biegnaca z wilkami”

Moje, Twoje, nasze- świadomość i odpowiedzialność

Dzisiaj zwracam się do Was z tematem, który narodził się we mnie niedawno. Tematem oczywistym, a jednak czasami bardzo abstrakcyjnym i odległym. Temat ten to, moje i twoje. Moje i Twoje, Twoje i moje, nasze.

Dzieci od najwcześniejszych chwil naturalnie i spontanicznie regulują poczucie własności. I tak, początkowo wszystko jest „moje”. Powszechnym jest widok dzieci w piaskownicy walczących o jedną łopatkę. Proces ten jest ściśle powiązany z budzącą się u dziecka świadomością własnej indywidualności i odrębności od rodziców (2 rok życia dziecka). Malec dostrzega, że jego zdanie może różnić się od zdania innych, a co najważniejsze, można je skutecznie manifestować. Dopiero w 3. roku życia dziecko zaczyna dostrzegać celowość zachowań, ma pewien wgląd w uczucia i motywy innych ludzi, uczy się reguł wymiany i współpracy. Jednak to nie wszystko.

Pozostając przy tym dopuścilibyśmy się bardzo dużego uproszenia. Dlaczego? Ponieważ oprócz materialnej własności, każdy człowiek posada swój własny, indywidualny świat wewnętrzny. Świat wewnętrzny, na który składają się myśli, pobudzenia (emocje i doznania ciała), bodźce zewnętrzne (sądy, normy, autorytety, pojęcia itp.), ściśle związane z pojęciem samoświadomości. Świadomości, która zawsze jest świadomością w teraźniejszości („tu i teraz”). Nawet jeśli myślimy o przeszłości, to dzieje się to w tym momencie, w danej chwili, jeżeli wybiegamy w przyszłość, to też to się dzieje teraz. Jednak, żeby to wszystko mogło się zadziać, potrzebujemy drugiego człowieka. Kontakt zawsze powoduje zmiany w nas samych, zmiany w partnerze relacji oraz zmiany samej relacji. I tu rodzą się komplikacje. Z jakimi treściami przyjdzie nam się zmierzyć? Jak przyjmiemy te obce treści? Co damy drugiej stronie? Każde z tych pytań niesie za sobą wiele odpowiedzi.

W tym miejscu, w którym jestem dzisiaj szczególnie ważne staje się dla mnie oddzielenie tego, co moje od tego, co twoje. Przykład, możemy zezłościć się na męża, żonę, przyjaciółkę, czy też na jakąś osobę i okazuje się, że ta złość jest częściowo skierowana na tę osobę, natomiast często bywa tak, że złościmy się, ponieważ ta osoba przypomina nam ojca, matkę albo inną znaczącą osobę z przeszłości, która zrobiła coś, co nie pozostało względem nas bez znaczenia, najczęściej w tym negatywnym kontekście. Oczywiście zjawisko to zachodzi tez w odwrotnym kierunku, to znaczy stajemy się bezpośrednimi odbiorcami emocji innych ludzi.

I tak, rodzą się kolejne pytania: to co czuję kieruję do ciebie, czy do siebie lub innych osób? To, co ty kierujesz do mnie, jest rzeczywiście dla mnie, czy skierowane jest do kogoś z twojego świata? Co to ze mną robi?

Można by zagłębiać się bardziej i bardziej, pytać o pragnienia, lęki, dążenia, cele. Przechodząc jednak do podsumowania, świadomość zachodzących w nas procesów pozwala nam nad nimi panować. Jeśli wiemy jakie są nasze pragnienia, uczucia możemy podejmować działania zmierzające do zaspokojenia naszych potrzeb i w konsekwencji, przywrócenia równowagi. Świadomość rodzi wolność. Wolność pozwala być prawdziwie ze sobą i z drugim człowiekiem. Życzę takiej wolności sobie i Wam.

Coraz bliżej święta…

Wielkimi krokami zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Czas, który może być radosny i przyjemny, ale może także okazać się szczególnie stresujący i trudny. Bierzemy na siebie dodatkowe obowiązki- do naszych codziennych spraw i pracy, dochodzi zorganizowanie prezentów, przygotowanie dekoracji, gonitwa po sklepach, pieczenie, gotowanie. Wszystko to sprawia, że nie ma czasu (ani sił) na poddanie się zadumie, a stres i presja temu towarzyszące przyćmiewają magię Świąt. Jak do tego dołożymy relacje (zwłaszcza z najbliższymi- partnerem/ partnerką, dziećmi) może zrobić się naprawdę gorąco. Pod wpływem wzajemnych (często niewyrażonych) oczekiwań może się wypełnić czara goryczy z całego niemal roku. Stres gromadzony od dłuższego czasu, pod wpływem dodatkowych zmartwień i trudności kumuluje się.

To, co możemy zrobić, to zastanowić się, co jest dla nas w tym czasie najważniejsze? Bliskość z partnerem/partnerką, dziećmi na którą przez cały rok trudno było znaleźć przestrzeń, cz może spotkania w szerokim gronie rodziny na które przez cały rok czekamy? Odpoczynek, czy wypełnianie domu zapachami przygotowywanych potraw wigilijnych (w pierwszym wypadku możemy zamówić catering, w drugim zaangażować się całą rodziną w kuchenne prace)?

Oprócz oczekiwań własnych i partnera, w Święta natrafia się często na opinie innych – rodziny, ich oczekiwań względem siebie nawzajem. W tej mieszaninie wymagań łatwo się zgubić. Ważne jest, żeby ustalić ze swoim partnerem to, jak wyobrażamy sobie przebieg Świąt, jak widzi to druga strona i jakie wspólne rozwiązanie będzie najlepsze. Kompromis jest tutaj kluczowy.

Potem zostaje już tylko odłożyć na bok mniej istotne sprawy, skupić się na partnerstwie, rodzinie, przyjmować i dzielić się radością- pozwolić sobie na cieszenie się magią świąt.

Życzę Wam Świąt wypełnionych bliskością, poczuciem bezpieczeństwa, prawdziwą radością.

samo- dzielność

Zamknij na kilka chwil oczy i wyobraź sobie, że…

  • masz 4 latka i słyszysz:

-”daj, daj. Mamusia zaniesie twój talerzyk. Ty masz jeszcze takie małe rączki”

-”chodź, wytrę ci nosek, bo trzeba to zrobić dokładnie”

  • masz 9 lat i słyszysz:

-”przygotowałam ci na jutro ubrania do szkoły zieloną bluzę, spódniczkę i rajstopy. Tak będziesz porządnie wyglądać”

-”daj, zrobię za ciebie to zadanie z techniki, bo widzę, że ci to nie wychodzi”

  • masz 16 lat i słyszysz:

-”kupiłam ci wszystkie lektury na cały rok. Wiem, że potem trudno będzie je wypożyczyć”

-”ułożyłam twoje rzeczy w szafie. Wyrzuciłam te zniszczone, masz teraz więcej miejsca”

  • jesteś dorosły/a i słyszysz:

-”zrobiłam ci porządki w kuchni. Teraz będzie ci wygodniej. Płatki i mąki są w szafce na dole, ściereczki nad zlewem”

-”jedź autobusem, zostaw auto. Tyle wypadków teraz na drogach”

Co teraz czujesz?

Dziecko dorastając staje się coraz bardziej niezależne, samodzielne. Samodzielne, czyli zdolne do wykonania pewnych czynności oraz posiadające umiejętność podejmowania decyzji. Samodzielność dziecka można rozwijać lub tłumić.

Z różnych powodów ograniczamy samodzielność dziecka: ponieważ wydaje nam się, że zadanie jest dla niego za trudne, z przekonania, że „jeszcze się w życiu napracuje”, z niechęci do „wysługiwania” się dzieckiem, z pośpiechu, z poczucia winy, ze strachu o nie.

Tymczasem dziecko napotka w życiu różne trudności- od takich jaki zestaw Lego wybrać, gdy marzy o dwóch, po- konflikty wewnętrzne w okresie dojrzewania. Te prostsze trudności przygotowują do tych późniejszych, trudniejszych. I nie chodzi tu bynajmniej o to, by pozostawić dziecko samemu sobie. Chodzi o to, by towarzyszyć. By być „fundamentem” (ale nie „dachem”), by wspierać, wzmacniać, wierzyć.

Kilka przykładów na to, jak to robić:

-pozwól dziecku dokonywać wyboru

-daj dziecku czas

-okaż szacunek dla dziecięcych zmagań, nie umniejszaj (zamiast „przecież to takie proste, a ty tak mażesz tym pędzlem i mażesz” lepiej: „no tak, malowanie farbami może być trudne, bo często coś się rozmazuje. Czasami pomaga, aby odcisnąć mocno pędzel z wody. Spróbuj”)

-nie spesz się z dawaniem odpowiedzi (jeśli córka pyta się w co ma się ubrać, spróbuj odwrócić pytanie: „a co masz ochotę założyć?”)

– nie odbieraj nadziei (jak dziecko deklaruje, że „będzie lekarzem” nie odpowiadaj od razu, że „żeby się dostać na medycynę trzeba mieć bardzo dobre oceny. Gdzie ty z tą tróją z biologii?” . Zamiast tego podejmij rozmowę, np. „o, chcesz leczyć ludzi? Opowiedz mi o tym”. Plany mają to do siebie, że czasem się realizują, czasem nie. Dzieci powinny prowadzić własne poszukiwania, odnosić sukcesy i porażki)

-nie dawaj sprzecznych komunikatów (jeśli mówisz, że dziecko potrafi coś zrobić, nie zachowuj się tak, jakby miało ponieść porażkę)

-chwal dziecko zgodnie z trudnością zadania i jego zaangażowaniem (przy łatwych dla dziecka zadaniach wielkie pochwały mogą odbierać motywację i wiarę w swoje możliwości)

-jak najwięcej słuchaj, jak najmniej oceniaj

-pozwalaj na błędy (zamiast „a nie mówiłam”, lepiej „popełniłeś błąd, widzę, że jest ci przykro. Jak możesz wykorzystać w przyszłości to doświadczenie?”. Okaż zrozumienie, poświęć czas i uwagę).

Na koniec cytat z książki Katarzyny Wnęk- Joniec „Nie przydeptuj małych skrzydeł”:

Jeśli twierdzisz, że mi ufasz- ufaj mi całym sobą. Ufaj mi naprawdę.

Potrzebuję Twojej wiary we mnie. Ona unosi moje skrzydła.

Ty moja mądra, dorosła mamo we mnie wierzysz.

Ty, dorosły, potężny tato- ufasz, że dam radę,

więc ja- Wasz malutki syn, Wasza mała córeczka PORADZĘ SOBIE.

Otoczony Twoimi ciepłymi zapewnieniami odnajdę w sobie siłę do tego, by sobie poradzić.

Otulony Twoim wsparciem, Twoją pewnością i wiarą we mnie,

będę latał…”

Zdrada, początek czy koniec?

Powszechnie uważa się, że zdrada stanowi o końcu związku, rodziny. W rzeczywistości jednak, jeśli ktoś się rozstaje to zazwyczaj jest to… para kochanków. Najważniejsza jest relacja między partnerami i to, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiadomo, najpierw jest burza emocji. I dobrze, że jest (często świadczy o zaangażowaniu), gorzej, że czasem prowadzi do gwałtownych, nieprzemyślanych decyzji.

Decydująca staje się rozmowa,najczęściej ta pierwsza. I tak, zdrada zamiast do rozpadu związku może prowadzić do jego umocnienia. Jak się to dzieje? Partnerzy dopiero w obliczu tak silnego kryzysu, często po bardzo długim czasie, z uwagą spoglądają na siebie, rozmawiają prawdziwie, dostrzegają to, co dotychczas umykało ich uwadze. W końcu mogą dowiedzieć się czegoś o sobie, o swoich potrzebach, przyczynie zdrady. Zdrada może ujawnić ukryty konflikt, który często trwał miesiącami a nawet latami, a partnerzy nie zdawali sobie z niego sprawy, albo bagatelizowali go, albo po prostu tak bardzo oddalili się od siebie, że nie było już między nimi miejsca na szczerą rozmowę. Jeśli kurtyna opadnie partnerzy mają szansę odbudować związek na nowych zasadach. Czasami się nie udaje. Czasem już podczas tej pierwszej rozmowy obraz osoby zdradzającej jawi się jako obraz osoby zupełnie nieznanej, w tym negatywnym odbiorze. A w innych przypadkach partner zdradzający odchodzi sam. Tu każdy sam musi wyłapywać sygnały, mówiące o tym, na ile utrzymanie związku jest możliwe.

Łatwo nie będzie. Pojawiają się wątpliwości (czy zdradzi ponownie? Dlaczego mam mu/jej ufać?), w związku zacznie funkcjonować zasada ograniczonego zaufania, wzajemna obserwacja, nadinterpretacja zachowań, przeczulenie. To potrwa. Jednak warto walczyć, jeśli mamy przekonanie, że możemy stracić kogoś cennego dla nas. I nie chcemy stracić. Można walczyć o partnera który rozważa odejście do innej/innego, albo o partnera którego bezpośrednio dotknął ból zdrady.

Przy tym pamiętać warto, że żadna kara nie może być dożywotna. Dotyczy to zarówno osoby zdradzonej (ciągła kontrola, obwinianie) jak i zdradzającej (poczucie winy, rozpamiętywanie). Trzeba się wykrzyczeć, wypłakać, mieć nieprzespane noce. Jednak potem powinno się skierować swoje kroki na mocny fundament związku, wykazać się dobrą wolą i przejść sprawdzian codzienności. Czy rzeczywiście partner/ partnerka się zmienił? Czy potrafi to pokazać i trwać w tym? Czy zdrada była cementem, czy została tylko mniej lub bardziej skondensowaną zasłona dymną?

Życzę Wam i sobie dobrego związku. Związku, w którym potrzeby są zauważane i szanowane, związku uważnego na detale i szczegóły, związku z konfliktami i kryzysami, które da się rozwiązać, związku pełnego codziennej pracy. Związku w którym na co dzień w roli głównej występuje szacunek, bliskość i cel.

„Nie rozumiem bowiem tego co czynię…”

W osobowości każdego z nas wyróżnić można: Rodzica, Dorosłego, Dziecko.

W praktyce, przykładowy dialog:

Zaspałem, która jest godzina?

– Jak zwykle nic niczego nie możesz zrobić dobrze! (Rodzic krytyczny)

Na Rodzica składają się zapisy zdarzeń zewnętrznych (upomnienia, zasady, reguły) narzuconych i niepodlegających dyskusji. Dane te zapisują się w nas „po prostu”, bez względu na ich słuszność bądź prawdziwość.

Sam sobie sprawdź. Znowu nie zrobisz tego co zaplanowaliśmy, nie będę z tobą rozmawiać. (Dziecko)

W Dziecku zapisane są uczucia na zdarzenia towarzyszące człowiekowi we wczesnych latach życia. Kieruje się zasadą- wszystko, albo nic.

-U mnie 8.30 (Dorosły)

Dorosły to zapis danych uzyskanych dzięki własnej analizie. Inaczej mówiąc, funkcja dorosłego jest sprawdzanie, czy dane zawarte w Rodzicu są prawdziwe i wciąż przydatne w życiu i skontrolowanie, czy uczucia zawarte w Dziecku są dostosowane do obecnej rzeczywistości.

Jak można zbudować w sobie silnego Dorosłego:

-nauczyć się rozpoznawania wewnętrznego Dziecka- jego lęków i sposobów okazywania

-nauczyć się rozpoznawania swojego Rodzica- jego upomnienia, nakazy a także sposoby uzewnętrzniania ich

-w razie potrzeby liczyć do 10, by dać możliwość Dorosłemu przeanalizować sytuację i odrzucić tym samym automatyczne Dziecko bądź krytycznego Rodzica

-wypracować swój własny system wartości

-być ze sobą z troską i uważnością, nie oceniać