O tym, dlaczego dziecko nie powinno być grzeczne.

Niesforne dziecko często przysparza rodzicom kłopotów. W reakcji na to zmartwieni opiekunowie pojawiają się w gabinecie psychologa z pytaniem o to,” co robią nie tak” i jak mają syna/córkę „naprawić”. Tymczasem dziecko ze swoją energią potrzebuje być dokładnie takim jakie jest- spontanicznym, żywym, eksperymentującym, emocjonalnym.

Dziecko, szczególnie to małe (1-3 rok życia), uczy się świata poprzez eksperymentowanie z nim. Potrzebuje włożyć rączkę w torebkę mąki, polizać szybę, wejść w kałużę. Jeśli słyszy „nie”- buntuje się. Jego sprzeciw, to prawidłowa reakcja, która świadczy o tym, że maluch ma kontakt ze swoimi pragnieniami oraz czuje się przy rodzicach bezpiecznie.

Dziecko potrzebuje również w przypadku zwątpienia wrócić do rodzica, żeby otrzymać od niego wsparcie. Jeśli słyszy „chciałeś to masz, teraz sobie radź sam” („wszedłeś na to drzewo, to teraz zejdź”)- uczy się bezradności i wycofuje ze smakowania życia.

Zdarza się też, że rodzic nadmiernie chroni dziecko („nie wchodź tak wysoko, bo spadniesz”), albo nadmiernie stapia się z nim („chodź dalej, nie lubimy karuzeli”, „siadamy do stołu, jesteśmy głodni”). W takiej sytuacji dziecko może stracić wiarę we własne możliwości i nauczy się „swoje potrzeby” odnajdywać w innych osobach.

Wszystkie wymienione przykłady sprowadzają się do tego, że dziecko blokuje nie tylko swoją naturalną ciekawość, ale i swoje emocje. Podporządkowuje się, bo nie chce stracić miłości rodzica. Emocje nie są uświadamiane przez dziecko, nie są adekwatnie ujawnianie, lokują się w jego wnętrzu i obracają przeciwko niemu. Dzieje tak tak, gdy rodzic w swoich reakcjach powtarza te same sposoby reagowania, gdy nie ma w nich elastyczności.

Jak zatem wychować wystarczająco grzeczne dziecko? Jako mama dwójki, ciągle się tego uczę. Staram się dawać im przestrzeń, tłumaczyć i wspierać. Nie do upadłego, dbam też w tym o siebie. Doświadczają mojego sprzeciwu, ja również spotykam się z ich odmiennym zdaniem i pomysłami. Złościmy się na siebie. Rozumiem jeśli zapominają się wtedy i ciosają piorunami, nie biorę tego przeciwko sobie. Staram się przyjmować i oddawać to, jak bardzo im trudno. Sama dokładam wielu starań, by złościć się w sposób, który nie będzie ich krzywdził- wciąż często mi się to nie udaje. Może rozmowy o tym sprawią chociaż, że będą dawały sobie w życiu prawo do popełniania błędów. Nie kontroluję nadmiernie, staram się odchodzić od sztywnych norm („trzeba ucałować ciocię na przywitanie”) i nie powielać tego, co kiedyś było uznawane za słuszne („nie odzywaj się nie pytana”, „dzieci i ryby głosu nie mają”). Dokładam starań, by zamieniać wszystkie „musisz, powinieneś” na „chcesz, wybierasz”. Dopinguję ich samodzielność- trochę z lenistwa, trochę z egoizmu, wierzę w ich możliwości. Czasem wyręczam, by mogły poczuć się wyjątkowo. Nic nie jest białe, albo czarne. Chyba nie powinno takie być.

Nie chcę, żeby moje dzieci były grzeczne. Chcę, żeby były sobą. Niech się śmieją, skaczą, sprzeciwiają, wyrażają własne zdanie całymi sobą. Chcę je w tym szanować, akceptować i kochać. Wierzę, że to wystarczy, by one szanowały (siebie i innych), by były dobrymi ludźmi.

Ratunku, mój syn jest agresywny!

Wrzesień pełną parą, dzieciaki dzielnie maszerują do szkół. Rodzice też wędrują… na wywiadówki. Dzieje się- Krzyś popchnął Jasia, Leon biegał po korytarzu, Gabryś z Filipem rzucali plecakami. Rodzicu, czy dziecko ma jakiś problem? A może w domu dzieje się coś niedobrego? Nie akceptujemy agresji w szkole- możemy usłyszeć.

Praca w placówkach edukacyjnych niejednokrotnie pokazała mi jak łatwo o etykietę- dziecko niegrzeczne, nadpobudliwe, agresywne.

Tymczasem zachowania takie jak np. wzajemne przepychanki, siłowanie są u chłopców w szkole podstawowej objawem normy i prawidłowego rozwoju. Problem jest wówczas, gdy mamy do czynienia z sytuacją nierównych sił i celowego wyrządzenia krzywdy.

Dziecko jest w domu zazwyczaj głównym ośrodkiem zainteresowania rodziny. W szkole staje się jednym z wielu, bywa że nie jest akceptowane przez grupę, albo trudno mu się w niej odnaleźć. Malec rozpoczynający naukę męczy się dyscypliną szkolna, specyficzną monotonią dnia, koniecznością spędzenia wielu godzin w pozycji siedzącej. Pojawia się potrzeba odreagowania.

Z nadejściem okresu dojrzewania chłopcy zaczynają z dumą odnosić się do swoich mięśni i możliwości fizycznych. Bardzo chętnie uprawiają ćwiczenia ruchowe, zwłaszcza siłowe. Szukają okazji do walki, przy czym nie jest to tylko potrzeba próby swych sił, jest to także chęć treningu. Znowu łatwo się pomylić.

Użycie siły nie zawsze jest agresją, destrukcją, dręczeniem młodszych. Zanim ocenimy dziecko sprawdźmy, czy rzeczywiście chciało zrobić komuś krzywdę, czy może stała za tym potrzeba rozładowania napięcia, męskiego honoru, energii której źródłem jest burza hormonów.

Dziecko uczy się od nas, dorosłych. Jeśli zachowanie, które wynika z potrzeb rozwojowych będzie spotykało się z krytyką, czy negatywną oceną pojawi się napięcie, złość, niezrozumienie. To prosta droga do tego, by zwykła „agresja rytualna” zamieniła się w tą destrukcyjną.

Każdy z nas ma agresywną część w sobie. Istotne jest, by móc ją zaakceptować i panować nad nią (nie bać się jej). Jeśli będziemy zwalczać ją u dzieci jako coś złego i nieakceptowanego, spowodujemy, że dziecko np. nauczy się kierować ją do siebie, przeciwko sobie.

Zachęcam każdego ojca, by posiłował się ze swoim synem we wspólnej zabawie. Przepychajcie się, tarzajcie po podłodze, bądźcie blisko siebie. Celem nich będzie pozytywne połączenie męskiej siły i energii. Fantastyczna zabawa bez ograniczeń wiekowych.

Podsumowując, jeśli słyszysz Rodzicu, że Twój syn „znowu…”, sprawdź co za tym się kryje i wspólnie poszukajcie możliwości zrealizowania danej potrzeby. Twoje dziecko nie jest agresywne.

Rola matki w pierwszym okresie życia dziecka

To, że każde dziecko potrzebuje matki, wie chyba każdy. Jaka jest jej rola na różnych etapach rozwoju dziecka? Dziś właśnie o tym. Chciałabym zatrzymać się przy pierwszym okresie życia dziecka, tj pierwszych 5-6 miesiącach. Różne są teorie rozwoju, większość z nich jednak zgodnie opisuje pierwsze tygodnie życia dziecka (do ok 4 tygodnia) jako czas, w którym najważniejsze jest dla dziecka pożywienie. To ono stanowi o jego przetrwaniu, o życiu. Noworodek czuje całym sobą, nie różnicuje głodu jako czegoś z wewnątrz. Ono jest głodem. Ważna jest dla niego bliskość i zaspokojenie potrzeb. To one zapewniają spokój i bezpieczeństwo. Osoba matki schodzi trochę na drugi plan, ważna jest pierś (butelka). Ten etap kończy się wraz z pierwszym uśmiechem. Wówczas matka staje się najważniejsza, staje się jednością z dzieckiem (w jego przekonaniu). Dziecko uśmiecha się do niej, tworzy podstawę przywiązania (faza symbiotyczna wg M. Mahler). W tym okresie rozwijają się podstawy empatii, bazowego zaufania vs jego braku. Dzieje się tak właśnie za sprawą matki- jej obecności, czułości, odzwierciedlenia (uśmiecham się w odpowiedzi na twój uśmiech, marszczę czoło, gdy widzę że ty się złościsz), zauważania potrzeb dziecka i adekwatnego reagowania na nie. Czasem zdarza się tak, że matki nie ma- z powodu choroby, śmierci, konsekwencji działań szkodzących dziecku. Wówczas ważne staje się, by zapewnić dziecku inny stały obiekt, który przejmie rolę głównego opiekuna. Kluczowe jest tu słowo- stały, ponieważ jest to czas w którym dziecko tworzy podstawy bezpieczeństwa. Potrzebuje stałości, przewidywalności, możliwości „zlania się” z kimś. Ważne jest, że na późniejszych etapach życia nie da się tego „nadrobić”. Jeśli dziecko w kolejnych miesiącach, latach doświadczy „dobrego dzieciństwa”, nauczy się przez „powtarzanie” różnych wzorców nawiązywania relacji z innymi ludźmi, ze światem, sobą. Nigdy jednak nie będzie miało w sobie bazy, fundamentu, zakotwiczenia. Może się pojawić pytanie o ojca. Ojciec też jest ważny. Znowu, na różnych etapach inaczej. O tym innym razem. Dziś chciałabym podzielić się z Wami wyczytaną kiedyś sentencją- „najpiękniejsze co ojciec może dać dziecku, to miłość do jego matki”. Doświadczyłam, że miłość ta w pierwszych miesiącach życia dziecka jest tym bardziej ważna i potrzebna.

Rodzic do rodzica

Koronawirus- jedno słowo, wiele treści. Pierwsze emocje opadły, pojawiają się trudności. Niemożność spotykania się z ludźmi, konieczność spędzania czasu ciągle w tym samym gronie i miejscu, dynamika sytuacji epidemiologicznej, niepewność tej gospodarczej. Osobiście budzi to we mnie cały wachlarz emocji- lęk, złość, radość, smutek. Przypieczętowuję to wszystko… zmęczeniem. Brzmi znajomo?

Z racji zamknięcia szkół, pracuję zdalnie. Za tym wielkim słowem kryje się próba wyjścia naprzeciw potrzebom rodzin uczniów zaopiekowanych przeze mnie. Nie wiem, czy sytuację komplikuje, czy ułatwia fakt, że sama jestem mamą dziecka szkolnego. W tym kontekście, blisko mi do niemocy rodziców stawiających się w roli „nauczyciela” własnego dziecka. Na szczęście, od początku jego edukacji kładłam nacisk na samodzielność. Pomagam wtedy, gdy zwraca się o pomoc albo, gdy widzę, że zachodzi taka konieczność. Nie kontroluję i nie sprawdzam na wyrost. To owocuje- teraz jedynie drukuję karty pracy i tłumaczę tylko niezrozumiałe jej aspekty. Da się przeżyć. Trudność pojawia się w momencie samego motywowania do nauki. I tu ukłon w stronę tatusiów. Tam, gdzie mama reaguje emocjami (albo odwrotnie-tata), tam tata (mama) może pomóc dystansem i spokojem. Sprawdziłam na sobie, działa. Poza tym rozmowa, rozmowa, rozmowa- ale to wszyscy wiemy.

Inna kwestia- czas wolny i wszechobecne „nudzimisie”. Nie jestem animatorem we własnym domu i zachęcam dziecko do zabawy własnej (nie mylić z czasem przed smartfonem itd), albo…. nudy. W ten sposób doceniamy czas spędzany razem i staramy się go maksymalnie wykorzystać. Każdego dnia daję z siebie tyle, ile mogę dać. Tyle na ile wystarcza mi sił, chęci i czasu (i staram się nie mieć wyrzutów sumienia, że za mało, za krótko, zbyt mało twórczo:)).

Inna trudność koronawirusowa- pozostali domownicy. Każdy ma swoje potrzeby, trudności i zadania do zrealizowania. Czy istnieje sposób, by to pogodzić? Póki co, szukam. Dotychczas zaowocowała zmiana perspektywy. Poczułam radość, gdy na zwykłym, codziennym spacerze z dziećmi, zamieniłyśmy się z córką rolami- ona pchała wózek z bratem, a ja jechałam na hulajnodze. Co się wydarzyło? Błahostka, każda z nas zmieniła punkt widzenia. I tu nasuwa mi się refleksja, że w czasie, gdy jest tyle lęku i środków ostrożności, ważne jest, by dać sobie przestrzeń na trochę luzu, swobody. Tak, by obniżyć i tak duży już poziom napięcia.

Wiele aspektów musimy kontrolować- mycie rąk, trzymanie dystansu, samopoczucie własne i naszych bliskich. W jakich obszarach możemy odpuścić? Może dziecko nie musi odrabiać wszystkich lekcji „pod linijkę”, może daj sobie prawo do „nie wiem, jak rozwiązać to zadanie- skontaktuj się z nauczycielem”, może niech młodsze dziecko pobiega w niewyprasowanych ubraniach, albo poogląda bajkę 10 minut dłużej podczas, gdy Ty porozmawiasz z kimś dorosłym- choćby przez telefon? Ważne jest też, by chcieć i móc wyrazić własną frustracje, złość, strach.

Idealnym byłoby też, gdyby w środowisku domowym dało się podzielić obowiązki. Tak, by każdy miał przestrzeń na siebie. W wielu domach rodzice, którzy na co dzień odwozili dzieci do przedszkól i szkół, teraz pozostają w domu, pracują zdalnie i ogarniają wszystko, co się z tym wiąże. To rodzi dodatkową trudność i zagubienie. Obowiązki są ważne, ale jeszcze ważniejsze jest, by przełożyć je na sytuację w której przyszło nam się znaleźć. Zanim zaplanujemy nadrobienie wszystkich zaległości z każdej dziedziny- przyjrzyjmy się tym, którzy żyją obok nas. Sytuacja coraz bardziej rozciąga się w czasie, co szybko może prowadzić do przeciążeń i związanych z nimi konsekwencjami. Świat nie będzie już taki sam. A my w nim…

Życzę sobie i Wam dużo wewnętrznego spokoju, radości dziecka, które w każdym z nas drzemie i wielkich pokładów zdrowia.

Dzieci a koronawirus- jak rozmawiać?

Opracowanie Amerykańskiej Akademii Psychiatrii Dzieci i Młodzieży dotyczące rozmowy z dziećmi i adolescentami o aktualnych wydarzeniach:

  1. Ważne, by stworzyć dzieciom wspierające środowisko, tak aby czuło się bezpiecznie zadając pytania. Jeśli dziecko nie wykazuje gotowości, nie zmuszaj go do rozmowy.
  2. Odpowiadaj szczerze na zadawane Ci przez dziecko pytania, mając na uwadze jego wiek i wrażliwość.
  3. Używaj zrozumiałych dla dziecka słów. Dostosuj formę komunikacji do wieku, umiejętności i poziomu rozwoju dziecka.
  4. Korzystaj z wiarygodnych źródeł informacji (np. raporty WHO czy gov).
    https://www.gov.pl/web/zdrowie/co-musisz-wiedziec-o-koronawirusie
    https://www.who.int/emergencies/diseases/novel-coronavirus-2019
  5. Bądź przygotowany na to, że wielokrotnie będziesz powtarzać informację lub
    wyjaśnienia. Wielokrotne pytanie o tą samą sprawę, może być formą poszukiwania przez dziecko wsparcia.
  6. Razem z dzieckiem rozpoznajcie i nazwijcie uczucia, które mu towarzyszą. Pozwól
    dziecku odczuć, że jego pytania i zmartwienia są ważne i odpowiednie.
  7. Pamiętaj, że dzieci podchodzą do każdej sytuacji bardzo indywidualnie. Mogą wykazywać oznaki zamartwiania się o krewnych, przyjaciół i znajomych. Mogą bać się o własne bezpieczeństwo i bezpieczeństwo członków rodziny. Pytać o rodzinę lub znajomych mieszkających za granicą.
  8. Wspieraj dziecko, ale nie dawaj obietnic bez pokrycia. Możesz zapewnić dziecku
    poczucie bezpieczeństwa w domu, ale nie możesz zagwarantować, że nikt w obrębie regionu nie zachoruje.
  9. Uświadom dziecko, że osoby dotknięte koronawirusem otrzymują pomoc. To dobra okazja, by pokazać dzieciom, że gdy dzieje się coś przerażającego lub złego, zawsze można zwrócić się o pomoc i są ku temu odpowiednie służby.
  10. Dzieci uczą się od najbliższych dorosłych: rodziców i nauczycieli. Będą obserwować Twoje zachowanie i reakcje na wiadomości dotyczące wirusa. Uczą się również poprzez słuchanie rozmów dorosłych, pamiętaj o tym.
  11. Niewskazane jest nadmierne oglądanie przez dziecko telewizji i słuchanie wiadomości. Tego typu działania mogą wywoływać nadmierny lęk i napięcie.
  12. Dzieci, które doświadczyły poważnej choroby lub straty mogą być wyjątkowo wrażliwe i wykazywać nadmierne reakcje na obrazy i raporty prezentowane w mediach dotyczące choroby i śmierci. Te dzieci wymagają dodatkowej uwagi i wsparcia z Waszej strony.
  13. Szczególnej troski i monitorowania wymagają następujące objawy ze strony dziecka: zaburzenia snu, nadmierne zamartwianie się, lęki na temat śmierci i choroby. Nasilone mogą wymagać konsultacji psychologicznej.
  14. Mimo, że osoby dorosłe mogą być stale zainteresowane codziennymi wydarzeniami, pamiętajmy, że większość dzieci chce być po prostu dziećmi. Mogą nie wykazywać zainteresowania sytuacją lub nie chcieć myśleć o tym co dzieje się w kraju lub za granicą. Będą wolały grać w gry, bawić się, czy czytać książki i warto im na to pozwolić z zachowaniem aktualnych wskazań prozdrowotnych i profilaktycznych.
    Sytuacja zagrożenia zdrowia jest trudna do zrozumienia i zaakceptowania. Nic więc dziwnego, że wiele dzieci może czuć się zagubionych, wystraszonych. Jako dbający dorośli, możemy pomóc poprzez słuchanie oraz odpowiadanie w sposób wspierający, szczery i zrozumiały. Na szczęście często dzieci wykazują dużą odporność psychiczną, ważne jest jednak, by tworzyć bezpieczne i otwarte środowisko, w którym dzieci będą czuły się swobodnie zadając pytania. Możemy skutecznie pomóc dzieciom w radzeniu sobie w stresujących wydarzeniach i zminimalizować odczuwane napięcie.
    Na podstawie:
    Fassler, D. (2020). Talking with children about coronavirus (COVID19). American Academy of Child and Adolescent Psychiatry. [dostępny www.aacap.org 13.03.2020].

Emocje i rozum- na miarę naszych potrzeb.

W sytuacji zagrożenia, takiej która nas aktualnie dotyka, możemy się czuć zagubieni, odarci z poczucia bezpieczeństwa. Dotyczy to każdego- dorosłych i dzieci. Zamykane są szkoły, restauracje, instytucje kulturalne, wokół słyszymy o ludziach objętych kwarantanną, o tym „co musimy” i czego „nie możemy”. Zagrożone jest zdrowie nasze i naszych bliskich. Budzi to różne emocje- od panicznego lęku, po złość.

Szczególnie narażone są dzieci. Dzieci nie mają całościowego spojrzenia na sytuację- wyłapują skrawki informacji, ale przede wszystkim są emocjonalną „busolą” rodziców.

I tak, rodzic może np. tłumaczyć „nie martw się, wszystko jest ok”, ale całym sobą pokazuje, że jest inaczej- poszukuje informacji o kolejnych zachorowaniach, odsłuchuje wszystkie wiadomości medialne, gromadzi zapasy żywnościowe, jest zdenerwowany i niecierpliwy. Wówczas dziecko dostaje sprzeczne informacje, boi się tego, co dzieje się dookoła i boi się z powodu tego, że nie ma żadnej możliwości uzewnętrznienia i sprawdzenia swoich lęków.

Przeciwna sytuacja to taka, kiedy rodzic „zalany” własnymi emocjami, przelewa je na dziecko. Wówczas dziecko może odsunąć się od własnego lęku (tylko pozornie), żeby ratować rodzica. Nie będzie mówiło o tym, co czuje, żeby nie zamartwiać dodatkowo rodzica, w ogóle nie będzie chciało czuć.

Zatem jak sobie radzić? Nie ma gotowej recepty. Ważne, by słuchać siebie. Nie jest możliwe, żebyśmy byli w kontakcie z dzieckiem, jeśli nie mamy kontaktu ze sobą- świadomości własnych myśli, odczuć, ciała…

1. Usiądź na chwilę, pomyśl o sytuacji w jakiej się znajdujesz. Zastanów się, gdzie w swoim ciele to odczuwasz? W jaki sposób? Czego ci potrzeba w związku z tym? Koncentruj się tylko na teraźniejszości.

2. To samo zrób ze swoimi myślami. Nie kieruj nimi, pozwól im swobodnie płynąć. Zobacz dokąd zmierzają, czego dotyczą, nie oceniaj. Jesteś w przeszłości, czy obawach o przyszłość?

Jeśli będziesz świadomy siebie, łatwiej będzie Ci towarzyszyć dziecku. Będziesz mógł realnie odnieść się do sytuacji- „widzę, że boisz się tego, co się dzieje. Tak, sytuacja jest trudna, zagrożenie istnieje, jednak przestrzegając odpowiednich zasad, możemy siebie ochronić”.

Możemy pomóc dziecku w uzewnętrznieniu swojego lęku:

proponuję zabawę do której potrzebne będą: różne rzeczy użytku domowego- pocięte kawałki folii aluminiowej, spożywczej, kawałki materiałów, ściereczek, papieru, bibuły, sznurków, tasiemek, wstążek etc, blok techniczny/grubsza tektura, klej. Zabawa polega na tym, że z tych elementów formujecie swój strach (przyklejając do kartki). Następnie autor opowiada o tym, co widzi w swojej pracy, jakie ma z nią skojarzenia i odczucia. Współtowarzysze również mogą zabierać głos, ważne jest jedynie by nie oceniać (ładne, brzydkie, dziwne) i nie wyśmiewać. Gdy wszyscy opowiedzą o swoich „strachach”, z tych samych materiałów, na tej samej kartce- zamieniacie potwory w karykaturę. Najprościej rzecz ujmując- przeistaczacie go w coś zabawnego.

Zabawa kreatywna, pogłębiająca relację i pomagająca zajrzeć w siebie małym i dużym.

Mam nadzieję, że dla nas wszystkich czas, którego doświadczamy będzie czasem konfrontowania się z tym, co trudne w nas samych, ale w bliskości, wielkiej trosce i… wzrastaniu.

Szewc bez butów… własnej roboty

W chwilach osobistych trudności niezliczoną ilość razy słyszałam „przecież jesteś psychologiem”. W związku z tym oczekuje się że, nie będę wyrażać negatywnych emocji (nadmiernie pozytywnych również nie), słabości, niemocy czy niewiedzy. Wskazane jest natomiast odnajdywanie się zawsze i wszędzie, rozpoznawanie problemów najbliższych niczym rentgen i rozwiązywanie ich z prędkością lotu błyskawicy. Dzieci psychologów również obserwowane są z uważnością.

Podobnie jest z nauczycielami, lekarzami, prawnikami i innymi „społecznymi” zawodami.

Dlaczego psycholog nie powinien zajmować się rodziną, znajomymi? Dlaczego lekarz nie powinien diagnozować i leczyć tychże, a prawnik reprezentować i prowadzić spraw?

Nie pozwala na to etyka zawodowa, a utrudniają… emocje. Nie jest możliwe, żeby na sprawy nam bliskie spojrzeć z należytego dystansu. Nakładają się tu osobiste doświadczenia, uczucia, oceny, powinności (lub ich brak), oczekiwania. Poza tym, gdzieś trzeba znaleźć wytchnienie.

Bycie specjalistą ułatwia pewne rzeczy, np- lekarzowi dawkowanie przepisanych leków, prawnikowi analizowanie pism, psychologowi- prowadzenie rozmów czy rozpoznawanie przyczyn trudności. Jednak rozwiązanie problemu i zmierzenie się z nim w życiu prywatnym, bywa często o wiele trudniejsze. A problemy są- psycholog może mieć depresję, nauczyciel dziecko które ma problemy w nauce, lekarz żonę u której nowotwór zdiagnozowano zbyt późno…

Gdy w takich sytuacjach nakładamy na siebie powinność zawodową, pojawia się wiele zalewających wątpliwości, zagubienie, wewnętrzny chaos, nadmierne wymagania względem siebie i/lub najbliższych, a w końcu- poczucie winy lub przytłoczenia.

Czasami fachowego spojrzenia wymagają od nas najbliżsi, czasami sami wcielamy się w rolę. Jedno i drugie jest krzywdzące. Dobrze jest w życiu osobistym zdjąć z siebie brzemię odpowiedzialności, kontroli, zaopiekować się sobą. Rozgraniczyć i chronić się przed „jak mogłam/mogłem nie….”, „jak mogłaś/ mogłeś nie…”. Być w roli mamy, żony, córki, przyjaciela… blisko siebie samych i siebie wzajemnie.

Fotografia w świecie dziecka.

Do napisania tego artykułu zainspirowała mnie moja córka. Któregoś dnia siedząc przy mnie i obserwując to, co robię w telefonie, zapytała: „Wstawiłaś to moje zdjęcie na Fejsa?!”. No właśnie. Dziecię me, nie ma jeszcze tyle lat, by mieć własny dostęp do portali internetowych, ale ma na tyle lat, że potrafić wyrażać swoje zdanie na różne tematy. W tym na publikowanie jej wizerunku. Przez kilka dni te słowa wyraźnie dźwięczały w mojej głowie. Czy równie beztrosko wstawiłabym do sieci zdjęcie męża, siostry, koleżanki? Nie. Zapytałabym o zgodę.

Tymczasem media są pełne zdjęć. Zdjęć dzieci. Tych wstawianych przez rodziców, ale nie tylko. Każdego dnia przedszkola, punkty opieki nad dziećmi wstawiają kilkanaście (jak nie kilkadziesiąt) zdjęć przedstawiających „życie” placówki. Widzimy jak dzieci jedzą, bawią się, uczą. Zdaje się, że aparat w telefonie towarzyszy dzieciom wszędzie. I tu się zatrzymuję.

Różne funkcje mogą pełnić takie zdjęcia. Mogą być dzieleniem się radością/satysfakcją, mogą zaspokajać ciekawość rodzica, wpływać na ich poczucie bezpieczeństwa, mogą budować reklamę placówki, pokazywać ciekawe pomysły. Mogą inspirować. Nie ma w tym nic złego. Jednak jaką funkcję pełnią te zdjęcia w przypadku dzieci?

Dzieci często obserwują rodziców w ważnych dla siebie chwilach- przez wizjer urządzeń elektronicznych. Dotyczy to przełomowych momentów życia, przedstawień w przedszkolu itd. Obserwują Panie, które uwieczniają wykonywane przez nie czynności i każdą fajną zabawę.

Co się dzieje w głowie i sercu takiego dziecka? Jaką ma to funkcję wychowawczą, dydaktyczną? Jak wpływa na budowany wizerunek dziecka i późniejsze wykorzystywanie go przez to dziecko?

Jak by to było, gdyby dziecko recytując wiersz dla mamy zobaczyło łzy w jej oczach, a nie nagrywający telefon? Jakby to było, gdyby Pani w przedszkolu włączyła się do tej super zabawy a nie próbowała zatrzymać czegoś, czego czasem po prostu zatrzymać się ne da? Gdyby rodzic pytał i rozmawiał, a dziecko miało możliwość wyboru, jakim doświadczeniem chce się podzielić, a jakie zatrzymać dla siebie (zamiast na bieżąco śledzić wstawiane przez placówki relacje)?

Zdjęcia są piękne. Pozwalają utrwalać to, co przemija. W moim życiu stanowią ogromną rolę. Wiszą na ścianie, wypełniają albumy, czasem dzielę się nimi w sieci. To, co mnie niepokoi to refleksja nad tym, po co, kiedy i ile? Zostawiam te pytania otwarte. Dla siebie i dla Was.

samo- dzielność

Zamknij na kilka chwil oczy i wyobraź sobie, że…

  • masz 4 latka i słyszysz:

-”daj, daj. Mamusia zaniesie twój talerzyk. Ty masz jeszcze takie małe rączki”

-”chodź, wytrę ci nosek, bo trzeba to zrobić dokładnie”

  • masz 9 lat i słyszysz:

-”przygotowałam ci na jutro ubrania do szkoły zieloną bluzę, spódniczkę i rajstopy. Tak będziesz porządnie wyglądać”

-”daj, zrobię za ciebie to zadanie z techniki, bo widzę, że ci to nie wychodzi”

  • masz 16 lat i słyszysz:

-”kupiłam ci wszystkie lektury na cały rok. Wiem, że potem trudno będzie je wypożyczyć”

-”ułożyłam twoje rzeczy w szafie. Wyrzuciłam te zniszczone, masz teraz więcej miejsca”

  • jesteś dorosły/a i słyszysz:

-”zrobiłam ci porządki w kuchni. Teraz będzie ci wygodniej. Płatki i mąki są w szafce na dole, ściereczki nad zlewem”

-”jedź autobusem, zostaw auto. Tyle wypadków teraz na drogach”

Co teraz czujesz?

Dziecko dorastając staje się coraz bardziej niezależne, samodzielne. Samodzielne, czyli zdolne do wykonania pewnych czynności oraz posiadające umiejętność podejmowania decyzji. Samodzielność dziecka można rozwijać lub tłumić.

Z różnych powodów ograniczamy samodzielność dziecka: ponieważ wydaje nam się, że zadanie jest dla niego za trudne, z przekonania, że „jeszcze się w życiu napracuje”, z niechęci do „wysługiwania” się dzieckiem, z pośpiechu, z poczucia winy, ze strachu o nie.

Tymczasem dziecko napotka w życiu różne trudności- od takich jaki zestaw Lego wybrać, gdy marzy o dwóch, po- konflikty wewnętrzne w okresie dojrzewania. Te prostsze trudności przygotowują do tych późniejszych, trudniejszych. I nie chodzi tu bynajmniej o to, by pozostawić dziecko samemu sobie. Chodzi o to, by towarzyszyć. By być „fundamentem” (ale nie „dachem”), by wspierać, wzmacniać, wierzyć.

Kilka przykładów na to, jak to robić:

-pozwól dziecku dokonywać wyboru

-daj dziecku czas

-okaż szacunek dla dziecięcych zmagań, nie umniejszaj (zamiast „przecież to takie proste, a ty tak mażesz tym pędzlem i mażesz” lepiej: „no tak, malowanie farbami może być trudne, bo często coś się rozmazuje. Czasami pomaga, aby odcisnąć mocno pędzel z wody. Spróbuj”)

-nie spesz się z dawaniem odpowiedzi (jeśli córka pyta się w co ma się ubrać, spróbuj odwrócić pytanie: „a co masz ochotę założyć?”)

– nie odbieraj nadziei (jak dziecko deklaruje, że „będzie lekarzem” nie odpowiadaj od razu, że „żeby się dostać na medycynę trzeba mieć bardzo dobre oceny. Gdzie ty z tą tróją z biologii?” . Zamiast tego podejmij rozmowę, np. „o, chcesz leczyć ludzi? Opowiedz mi o tym”. Plany mają to do siebie, że czasem się realizują, czasem nie. Dzieci powinny prowadzić własne poszukiwania, odnosić sukcesy i porażki)

-nie dawaj sprzecznych komunikatów (jeśli mówisz, że dziecko potrafi coś zrobić, nie zachowuj się tak, jakby miało ponieść porażkę)

-chwal dziecko zgodnie z trudnością zadania i jego zaangażowaniem (przy łatwych dla dziecka zadaniach wielkie pochwały mogą odbierać motywację i wiarę w swoje możliwości)

-jak najwięcej słuchaj, jak najmniej oceniaj

-pozwalaj na błędy (zamiast „a nie mówiłam”, lepiej „popełniłeś błąd, widzę, że jest ci przykro. Jak możesz wykorzystać w przyszłości to doświadczenie?”. Okaż zrozumienie, poświęć czas i uwagę).

Na koniec cytat z książki Katarzyny Wnęk- Joniec „Nie przydeptuj małych skrzydeł”:

Jeśli twierdzisz, że mi ufasz- ufaj mi całym sobą. Ufaj mi naprawdę.

Potrzebuję Twojej wiary we mnie. Ona unosi moje skrzydła.

Ty moja mądra, dorosła mamo we mnie wierzysz.

Ty, dorosły, potężny tato- ufasz, że dam radę,

więc ja- Wasz malutki syn, Wasza mała córeczka PORADZĘ SOBIE.

Otoczony Twoimi ciepłymi zapewnieniami odnajdę w sobie siłę do tego, by sobie poradzić.

Otulony Twoim wsparciem, Twoją pewnością i wiarą we mnie,

będę latał…”

Poszła Ola do przedszkola… chora

Wrzesień. Czas kiedy dzieci w asyście rodziców maszerują do szkół i przeszkól. Czas szczególny z powodu troski jaką musimy otoczyć nasze pociechy, ale też czas szczególnie trudny- trzeba zsynchronizować zajęcia dodatkowe z pracą zawodową, przywyknąć do nowego trybu życia. Jednak to nie wszystko. Zaczyna się jesień, a wraz z nią nadchodzą infekcje. I tu pojawia się dylemat- co począć z chorym dzieckiem?

Pracuję w przedszkolach od kilku lat, przez ten czas widziałam wiele- zapalenie spojówek (z lejącą się z oczu ropą), infekcje żołądkowo- jelitowe, katar, kaszel, wysypki. Objawy przedstawiają się różnie, od lekkiego do dużego nasilenia. Niezmienne jest jedno- bezradność dziecka. Dziecka, które źle się czuje, bo leki podane rano w domu przestały działać. Dziecka, które przytula się do Pań, a najlepiej czułoby się w ramionach mamy bądź taty, we własnym łóżeczku. Dziecka w konflikcie wewnętrznym, bo przecież rodzice prosili, by wytrzymało.

Zgodnie z regulaminem, obowiązującym w większości przedszkoli, rodzice nie mogą przyprowadzać do placówki dzieci chorych. W praktyce jednak wygląda to tak, że dziecko przyprowadzone rano do przedszkola dostaje w domu lekarstwa i chwilowo w lepszej formie przekracza próg sali.

Co powinno wzbudzać czujność? Objawy ze strony poszczególnych układów które powinny skłaniać do osobistej opieki nad dzieckiem, do pozostawiania dziecka w domu, bądź zawiadomienia rodziców przez nauczyciela przedszkola:

-oczy: pojawiają się objawy zapalenia spojówek – oczy są zaczerwienione, zbiera się w nich wydzielina ropna, która wycieka lub zasycha;

-układ oddechowy: dziecko ma problemy z oddychaniem; oddech jest zmieniony; pojawia się chrypka, kaszel, katar;

-układ pokarmowy: dziecko ma biegunkę, nudności, wymiotuje, skarży się na ból brzucha;

-skóra: na skórze pojawia się wysypka, dziecko się drapie, ma oznaki gorączki;

-jama ustna: w jamie ustnej można zaobserwować krostki lub owrzodzenie, wyciek śliny, dziecko skarży się na ból zęba;

-zachowanie: dziecko wykazuje objawy nadmiernego zmęczenia, osłabienia, jest apatyczne bądź przeciwnie – nadmiernie rozdrażnione, często płacze, odmawia udziału w zajęciach.

Każdy rodzic zna swoje dziecko. Wiedza ta sprawia, że wiemy kiedy dziecko jest niewyspane, kiedy ma „dzień na nie”, a kiedy rozpoczyna się u niego jakaś infekcja. Sytuacja choroby jest szczególnie trudna dla pracującego rodzica. Zwłaszcza dla tego, który nie ma w pobliżu nikogo do pomocy, a urlop bądź zwolnienie w pracy wiążą się z ryzykiem jej utraty. Jednak w środowisku przedszkolnym dziecko chore nie wyzdrowieje, a jedynie rozwinie infekcje, będzie jeszcze bardziej osłabione a „niemożliwe” będzie musiało stać się możliwym- zwolnienie z pracy stanie się koniecznością bezwzględną – w znacznie większym wymiarze. Nawet błahy katar, zaniedbany, niesie ryzyko poważnych powikłań, których skutki mogą być naprawdę groźne. Dbajmy o nasze dzieci, stawiajmy ich dobro i bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. Pamiętajmy przy tym, że nasze zdrowe dziecko w placówce, to zdrowe inne dzieci, a zdrowe inne dzieci to zdrowe nasze dziecko.

Do napisanie tego artykułu skłoniła mnie trwająca już tydzień infekcja Pani Córki. Jednak z całą odpowiedzialnością biorę na siebie proces jej leczenia pomimo dezorganizacji jaka wkradła się w nasze życie, oczywiście przede wszystkim to zawodowe.

Dbajmy o nasze pociechy.