Nie płacz Ewka, bo tu miejsca brak…

Oprócz Ewki, usłyszeć można tu i ówdzie– chłopaki nie płaczą, głowa do góry, wszystko będzie dobrze, nie przyjmuj się. ..

Rodzice, którzy boją się własnych łez, często nie akceptują płaczu swoich dzieci. Ich „pociechy” mają być miłe, radosne, pełne optymizmu. W takich rodzinach płacz uznawany jest za oznakę porażki i słabości, a dziecko w toku rozwoju tworzy fasadę- wiele zniosę, będę silny. Za tym idzie perfekcjonizm, wygórowane wymagania, chęć sprostania nadludzkim ideałom. Nie ma czasu na odpoczynek, błędy, utrudniony jest dostęp do potrzeb i cierpienia. Tak jakby smutek i radość nie były dwiema stronami całości…

Tymczasem pod szorstką powierzchownością skrywa się łagodność dla siebie i innych (także w aspekcie stawianych wymagań).

Płacząc możemy czuć się zawstydzeni i/ lub upokorzeni. Związane jest to między innymi z tym, jak na nasze łzy reagowali nasi rodzice i osoby znaczące- czy znajdowaliśmy ukojenie, czy doznawaliśmy bolesnego upokorzenia- czy mieliśmy szansę być dziećmi niedoskonałymi i niezaradnymi.

Płacząc doświadczamy też ulgi.

Dzieje się tak często podczas terapii, gdy w atmosferze troski i akceptacji możemy ujawnić i wyrazić lata tłumionego płaczu. Możemy płakać bez powodu i usprawiedliwienia, możemy płakać bez oceny i upokorzenia. Łzy zmiękczają obronną zbroję i otwierają serce. Łzy pomagają uznać ból i zranienie zanim te zostaną uzdrowione.

Do napisania tego artykuły zainspirowała mnie książka „Córki i ojcowie w analizie Jungowskiej” L. Schierse Leonard. Autorka opisuje w niej trudne relacje na płaszczyźnie córka- ojciec oraz drogę do wewnętrznego uzdrowienia tejże. Płacz zajmuje w niej ważne miejsce, bo…

Istnieje pałac który otwiera się wyłącznie dzięki łzom” Zohar

Płaczmy, miejsca wystarczy da wszystkich.

Psychoterapia w nurcie Gestalt- kierunek na mapie

Kiedyś pytano Buddę: Na czym polega wasza praktyka?
Kiedy jemy – to jemy, kiedy chodzimy, to chodzimy, kiedy śpimy, to śpimy.
Ale to nic szczególnego! Przecież my robimy to samo!
Nie całkiem. Kiedy siedzicie, to już stoicie. Kiedy stoicie, to już biegniecie. Kiedy biegniecie, to już na mecie.”

Ta buddyjska przypowieść zawiera w sobie wielką mądrość, to co bliskie mi w Gestalcie- być tu i teraz. Być w teraźniejszości- nie w przeszłości, nie w przyszłości. Łatwo jest, gdy dzieje się coś ekscytującego, wyczekanego, wypełnionego emocjami. Trudniej, w codziennym szarym życiu, w czasie smutku i niepożądanych zdarzeń. Znane mi są trudności w takim byciu- podążanie za wspomnieniami, pragnieniami, planami na bliższą i dalszą przyszłość. Będąc w swoich myślach można wykreować to, co się chce. Można oddalić się od samotności, pustki, nudy, odczuwania tego, czego czuć nie chcemy. Tymczasem naprawdę dzieje się to, co wydarza się w tym momencie. Prawdziwa rzeczywistość dzieje się właśnie teraz.

Jak to się przekłada na terapię Gestalt? Lekkie „życie chwilą”, odcięcie się od przeszłości, zdanie się na los w kwesti przyszłości? Nie. Oznacza to, że każdy z nas nosi swój bagaż doświadczeń, nierozwiązanych spraw z przeszłości, które wnikając do codzienności powodują powielanie schematów. Dlaczego znowu trafiłam na takiego mężczyznę? Dlaczego, gdy spotykam się z moim szefem staję się małą dziewczynką i nie mówię tego, czego chcę? Dlaczego…? W gabinecie doświadczamy przeszłości i przyszłości w taki sposób w jaki pojawiają się one w chwili obecnej. Przeżywamy je w teraźniejszości. To pozwala nam pozamykać stare sprawy, przyjmować życie takie jakim jest (jakie wybieram i za jakie biorę odpowiedzialność). Innego nie ma…

Gdy piszę ten tekst czuję radość, że myśli ubrały się w słowa, a słowa w zdania. Czuję ciepło padającego słońca, słyszę rozmowy dobiegające zza okna… jestem.

Emocje i rozum- na miarę naszych potrzeb.

W sytuacji zagrożenia, takiej która nas aktualnie dotyka, możemy się czuć zagubieni, odarci z poczucia bezpieczeństwa. Dotyczy to każdego- dorosłych i dzieci. Zamykane są szkoły, restauracje, instytucje kulturalne, wokół słyszymy o ludziach objętych kwarantanną, o tym „co musimy” i czego „nie możemy”. Zagrożone jest zdrowie nasze i naszych bliskich. Budzi to różne emocje- od panicznego lęku, po złość.

Szczególnie narażone są dzieci. Dzieci nie mają całościowego spojrzenia na sytuację- wyłapują skrawki informacji, ale przede wszystkim są emocjonalną „busolą” rodziców.

I tak, rodzic może np. tłumaczyć „nie martw się, wszystko jest ok”, ale całym sobą pokazuje, że jest inaczej- poszukuje informacji o kolejnych zachorowaniach, odsłuchuje wszystkie wiadomości medialne, gromadzi zapasy żywnościowe, jest zdenerwowany i niecierpliwy. Wówczas dziecko dostaje sprzeczne informacje, boi się tego, co dzieje się dookoła i boi się z powodu tego, że nie ma żadnej możliwości uzewnętrznienia i sprawdzenia swoich lęków.

Przeciwna sytuacja to taka, kiedy rodzic „zalany” własnymi emocjami, przelewa je na dziecko. Wówczas dziecko może odsunąć się od własnego lęku (tylko pozornie), żeby ratować rodzica. Nie będzie mówiło o tym, co czuje, żeby nie zamartwiać dodatkowo rodzica, w ogóle nie będzie chciało czuć.

Zatem jak sobie radzić? Nie ma gotowej recepty. Ważne, by słuchać siebie. Nie jest możliwe, żebyśmy byli w kontakcie z dzieckiem, jeśli nie mamy kontaktu ze sobą- świadomości własnych myśli, odczuć, ciała…

1. Usiądź na chwilę, pomyśl o sytuacji w jakiej się znajdujesz. Zastanów się, gdzie w swoim ciele to odczuwasz? W jaki sposób? Czego ci potrzeba w związku z tym? Koncentruj się tylko na teraźniejszości.

2. To samo zrób ze swoimi myślami. Nie kieruj nimi, pozwól im swobodnie płynąć. Zobacz dokąd zmierzają, czego dotyczą, nie oceniaj. Jesteś w przeszłości, czy obawach o przyszłość?

Jeśli będziesz świadomy siebie, łatwiej będzie Ci towarzyszyć dziecku. Będziesz mógł realnie odnieść się do sytuacji- „widzę, że boisz się tego, co się dzieje. Tak, sytuacja jest trudna, zagrożenie istnieje, jednak przestrzegając odpowiednich zasad, możemy siebie ochronić”.

Możemy pomóc dziecku w uzewnętrznieniu swojego lęku:

proponuję zabawę do której potrzebne będą: różne rzeczy użytku domowego- pocięte kawałki folii aluminiowej, spożywczej, kawałki materiałów, ściereczek, papieru, bibuły, sznurków, tasiemek, wstążek etc, blok techniczny/grubsza tektura, klej. Zabawa polega na tym, że z tych elementów formujecie swój strach (przyklejając do kartki). Następnie autor opowiada o tym, co widzi w swojej pracy, jakie ma z nią skojarzenia i odczucia. Współtowarzysze również mogą zabierać głos, ważne jest jedynie by nie oceniać (ładne, brzydkie, dziwne) i nie wyśmiewać. Gdy wszyscy opowiedzą o swoich „strachach”, z tych samych materiałów, na tej samej kartce- zamieniacie potwory w karykaturę. Najprościej rzecz ujmując- przeistaczacie go w coś zabawnego.

Zabawa kreatywna, pogłębiająca relację i pomagająca zajrzeć w siebie małym i dużym.

Mam nadzieję, że dla nas wszystkich czas, którego doświadczamy będzie czasem konfrontowania się z tym, co trudne w nas samych, ale w bliskości, wielkiej trosce i… wzrastaniu.

Szewc bez butów… własnej roboty

W chwilach osobistych trudności niezliczoną ilość razy słyszałam „przecież jesteś psychologiem”. W związku z tym oczekuje się że, nie będę wyrażać negatywnych emocji (nadmiernie pozytywnych również nie), słabości, niemocy czy niewiedzy. Wskazane jest natomiast odnajdywanie się zawsze i wszędzie, rozpoznawanie problemów najbliższych niczym rentgen i rozwiązywanie ich z prędkością lotu błyskawicy. Dzieci psychologów również obserwowane są z uważnością.

Podobnie jest z nauczycielami, lekarzami, prawnikami i innymi „społecznymi” zawodami.

Dlaczego psycholog nie powinien zajmować się rodziną, znajomymi? Dlaczego lekarz nie powinien diagnozować i leczyć tychże, a prawnik reprezentować i prowadzić spraw?

Nie pozwala na to etyka zawodowa, a utrudniają… emocje. Nie jest możliwe, żeby na sprawy nam bliskie spojrzeć z należytego dystansu. Nakładają się tu osobiste doświadczenia, uczucia, oceny, powinności (lub ich brak), oczekiwania. Poza tym, gdzieś trzeba znaleźć wytchnienie.

Bycie specjalistą ułatwia pewne rzeczy, np- lekarzowi dawkowanie przepisanych leków, prawnikowi analizowanie pism, psychologowi- prowadzenie rozmów czy rozpoznawanie przyczyn trudności. Jednak rozwiązanie problemu i zmierzenie się z nim w życiu prywatnym, bywa często o wiele trudniejsze. A problemy są- psycholog może mieć depresję, nauczyciel dziecko które ma problemy w nauce, lekarz żonę u której nowotwór zdiagnozowano zbyt późno…

Gdy w takich sytuacjach nakładamy na siebie powinność zawodową, pojawia się wiele zalewających wątpliwości, zagubienie, wewnętrzny chaos, nadmierne wymagania względem siebie i/lub najbliższych, a w końcu- poczucie winy lub przytłoczenia.

Czasami fachowego spojrzenia wymagają od nas najbliżsi, czasami sami wcielamy się w rolę. Jedno i drugie jest krzywdzące. Dobrze jest w życiu osobistym zdjąć z siebie brzemię odpowiedzialności, kontroli, zaopiekować się sobą. Rozgraniczyć i chronić się przed „jak mogłam/mogłem nie….”, „jak mogłaś/ mogłeś nie…”. Być w roli mamy, żony, córki, przyjaciela… blisko siebie samych i siebie wzajemnie.

„Najgorsza strata to ta, z którą zmagamy się teraz”

(Earl Grollman za Kenneth Doka)

Każda śmierć, każda utrata jest trudna. Krąży mit, że jeśli odchodzi ktoś, kto chorował, nie żegnał się ze światem w sposób nagły, żałoba jest łatwiejsze. Tymczasem, nie da się porównać bólu po różnych utratach. Każda żałoba jest inna, nieprzewidywalna. Pewne jest, że po stracie bliskiej osoby, rozpada i zmienia się cały świat. Trzeba zbudować go na nowo. Zebrać rozbite na kawałki lustro i ułożyć w całość, bez ważnego dla nas elementu. To nie jest łatwe. Często rani. Czasami chciałoby się to tak zostawić, odejść, nie ruszać. Zwłaszcza, gdy to nie jest pierwsza bolesna utrata w naszym życiu, gdy po wcześniejszej utracie nie scaliliśmy rozbitej formy. Gdy rozbite szkło nie zespoliło się na nowo, a jedynie zostało prowizorycznie zaklejone taśmą. Wówczas dochodzi do sytuacji w której „ja” przestaje być „mną”. Jesteśmy obok.

Życie to odczuwanie zarówno przyjemności, jak też bólu i smutku. Nie ma innej drogi jak przyjęcie życia z jego radościami i cierpieniem. Życie to nieustanny proces odnajdywania w sobie odwagi, aby w pełni z niego korzystać, rezygnując z biernej wegetacji. Odrzucenie doświadczenia bólu osłabia cierpienie, ale dzieje się to kosztem naszej żywotności– zamknięcie na doświadczanie siebie i świata.

W jakiś sposób poradzić sobie ze stratą? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Należy dać sobie czas (którego nie da się zamknąć w określonych widełkach czasowych), zatroszczyć się o siebie (każdy na swój sposób), dać sobie prawo do braku sił, przeżywania smutku, złości, bierności i do niewiedzy- co i jak dalej. Nie trzeba wszystkiego „od razu”, „tutaj”, „bo tak należy”. Dobrze jest, jeśli towarzyszy nam w tym bliska osoba, której ufamy i która będzie mogła pomóc nam znieść ból oraz drogę przez labirynt splątanych uczuć.

Jak towarzyszyć osobie w żałobie? Warto pamiętać, że rolą „towarzysza” nie jest sprawienie aby strata przestała boleć. Nikt nie jest w stanie odjąć cierpienia osobie, której ktoś bliski zmarł. Można natomiast sprawić, że cierpienie nie będzie przeżywane w samotności.

Unikaj mówienia:

  • ”będzie dobrze”, „czas leczy rany” (osoba w żałobie doświadcza rozpaczy tu i teraz, nie jest w stanie wybiegać w przyszłość). Zamiast tego zapytaj, czy chce porozmawiać o swoich uczuciach, daj wyraz temu, że je dostrzegasz- „widzę, że jest ci trudno. Chcesz o tym pogadać?”
  • „nie płacz” (a dlaczego? Osoba po stracie doświadcza bólu i ma prawo dać temu wyraz. Takie słowa powodują tylko, że osoba nie będzie płakała przy tobie, a nie, że dozna ukojenia).
  • „musisz być silny” (takie mówienia zabiera osobie przestrzeń do przeżycia straty i smutku. Powoduje zamrożenie emocji). Zamiast tego zapytaj- „co ja mogę dla ciebie zrobić?”, „co dodaje ci sił?”
  • ”życie toczy się dalej”, „Bóg tak chciał”(takie stwierdzenia umniejszają przeżywanej stracie, odbierają prawo do przeżywania żałoby). Zamiast tego- bądź, nie chowaj się przed czyimś cierpieniem. Rozmawiaj o osobie która odeszła, wypowiadaj jej imię. Pozwól wybrzmieć smutkowi.
  • ”on już nie cierpi”, w niebie będzie mu lepiej” (świadomość, że bliska osoba już nie cierpi może dawać poczucie ulgi, ale nie zmniejsza tęsknoty, ani bólu). Zamiast tego, zaproponuj konkretną pomoc – zrobienia zakupów, opieki nad dzieckiem. Wysłuchaj, podziel się swoimi wspomnieniami o zmarłym.

Przede wszystkim bądź.

„Kiedy proszę, byś mnie wysłuchał, a ty dajesz mi rady, to nie robisz tego o co cię prosiłem.

Kiedy proszę, byś mnie wysłuchał, a ty zaczynasz mi tłumaczyć, dlaczego nie powinienem się tak czuć, ranisz moje uczucia.

Kiedy proszę, byś mnie wysłuchał, a ty starasz się rozwiązywać moje problemy, czuję, że mnie zawiodłeś.

Wszystko, czego chcę, to byś mnie wysłuchał.

Nic nie mów, nic nie rób – po prostu usłysz mnie.”
Ralph Roughton

  • Bibliografia:
  • Drogowskaźnika Hospicjum Pomorze Dzieciom
  • James I. Kepner „Ciało w procesie psychoterapii Gestalt”

Biorę odpowiedzialność za siebie. Decyduję o sobie.

Na różnych etapach życia często rozmyślamy o szczęściu. Pragniemy go, tworzymy jego wyobrażenia. Czy można jednoznacznie zdefiniować szczęśliwego człowieka? W swej indywidualności, każdy z nas ma własne jego postrzeganie. Postrzeganie, które zmienia się wraz z upływem czasu, aktualnym kontekstem, potrzebami itd. Do szczęścia potrzeba nam czasem kontaktu z drugim człowiekiem (bliskości, miłości, przyjaźni), wiedzy (o sobie, o innych, o świecie), harmonii (zdrowia, poczucie własnej wartości, czasu dla siebie i bliskich, przestrzeni na wyrażanie emocji i uczuć w sobie i w środowisku), dóbr materialnych (mieszkania, samochodu, pieniędzy). Trudno osiągnąć wszystko, zwłaszcza w jednym czasie i miejscu. Zawsze rodzi się coś jeszcze, coś więcej, inaczej. Czy to oznacza, że szczęście nie jest uchwytne? Zależy. Jeśli potraktujemy szczęście jako coś, co zawsze przypływa „z zewnątrz”, jest zdeterminowane przez rzeczy nie do końca od nas zależne, to jego osiągnięcie może być niemałą trudnością. Może być tez tak, że zdobędziemy cel, a wewnątrz wciąż będziemy odczuwać pustkę. A gdyby tak poszukać w sobie, uzależnić swoje uczucia od siebie? Gdyby tak dokonać wyboru i wziąć za siebie odpowiedzialność? Można przez lata determinować swoje samopoczucie konsekwencjami złych wyborów, brakiem środków finansowych na realizacje marzeń, a możemy dać sobie prawo do przeżycia tego, co mi ten brak robi i decydowania o tym, co dalej z tym robić. Nie dlatego, że „powinnam”, dlatego, że „chcę”, nie dlatego, że „muszę”, a dlatego, że „wybieram”. „Ja”, a nie „ktoś”.

W codziennych rozmowach często używamy zwrotu „ty wkurzyłeś/łaś mnie tym, że…”, „przez ciebie…”. Mówiąc w ten sposób rezygnujemy z możliwości decydowania o sobie i jednocześnie odpowiedzialność tą przenosimy na drugą osobę. Czy druga osoba rzeczywiście może brać odpowiedzialność za nasze odczucia? Najbardziej widoczne staje się to w grupie, gdy postawa jednej osoby wywołuje w różnych osobach zupełnie inne odczucia. Czyli „ja złoszczę się, gdy ty…”, jestem odpowiedzialny za swoje odczucia. W relacjach w innymi i z sobą. Mam wpływ na siebie. Decyduję o sobie.

„Jesteśmy, jacy jesteśmy, poprzez siebie. I poprzez siebie jesteśmy tam, gdzie jesteśmy” (Tischner)

Lustereczko powiedz przecie… kim jestem?

Pragnieniem każdego człowieka jest doświadczanie harmonijnego kontaktu z otoczeniem. Chcemy, by nasze potrzeby były zaspokajane, chcemy w płynny sposób przystosowywać się do zmian, chcemy dokonywać słusznych wyborów, nawiązywać satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi.

Niestety często dzieje się tak, że jesteśmy w konflikcie. Konflikt ten dotyczy naszych potrzeb, pragnień, działań („chcę, ale nie potrafię”), relacji z najbliższymi („czemu on znowu mi to robi?”) i tymi dalszymi („co się ze mną dzieje jak spotykam swojego szefa?”). Wszystkie ważne aspekty naszego życia zdają się zataczać koło. Mówimy wtedy często „muszę się z tym pogodzić”, „moje związki zawsze kończą się tak samo”, „nie mam na to wpływu”. Czujemy złość, albo spotykamy się ze swoją bezradnością. Namawiam Was do tego, by przyjrzeć się temu, co dzieje się z nami. Zostawmy inne osoby (na które i tak nie mamy wpływu, bo decydują same o sobie), a spotkajmy się ze sobą, zadbajmy o własne samopoczucie. Można przyjrzeć się temu, co jest nam potrzebne.

Istotnym może być „oddzielenie” się od innych osób, odnalezienie własnej odrębności. Zamieńmy „my”, na „ja”. „My chcemy spędzić wakacje na łódce”, „my mamy ochotę na schabowego, „denerwują nas głośne rozmowy sąsiadów”. Dlaczego nie powiedzieć „ja chcę spędzić wakacje na łódce”, „mam ochotę na schabowego”, albo „denerwują mnie głośne rozmowy sąsiadów”? Może się okazać, że z łódką nam jest nie po drodze, bliska nam osoba wybierze sałatkę, a hałasy rzeczywiście są dla mnie irytujące i mam prawo to wyrazić. Istotna jest świadomość własnych uczuć, pragnień i potrzeb, a w konsekwencji odróżnienie ich od stanów emocjonalnych innych ludzi. Pozwala to uniezależnić nasze emocje od emocji innych ludzi, iść własną drogą.

Istotne jest również przyjrzenie się temu, co myślimy o samych sobie. Jakie nosimy w sobie przekonania? Skąd one pochodzą? Czyje to słowa? Czy zweryfikowaliśmy je w sobie, czy przyjęliśmy „za pewną monetę”, bez refleksji? „Ty malować? Toż ty nawet kółka nie potrafisz narysować”, „Strach się do ciebie odezwać, bo wiecznie jesteś obrażona”, „porządny dom, to czysty dom”, „wszystkie związki kończą się tak samo”– to tylko przykłady, ale każdy z nas mógłby odnaleźć w sobie wiele własnych. Warto zastanowić się, czy są nam bliskie, zgodne z nami. Warto odnaleźć swój własny sposób na życie.

Jak byliśmy dziećmi, automaty te pozwalały nam funkcjonować. Pozwalały nam czuć się bezpiecznie i blisko z rodzicami. Mamy je bardzo głęboko, bo poniekąd stanowiły o naszym „być albo nie być”. Teraz, jako dorośli ludzie możemy stanąć naprzeciw nim i zobaczyć, czy zapewniają nam komfort, bezpieczeństwo? Czy raczej zabierają nas od siebie? Czy rzeczywiście „chcę i nie potrafię”? Czy może nigdy nie odważyłem się naprawdę spróbować? Czy „on mi to robi”? Czy ja sobie to robię w kontakcie z nim i biorę za to odpowiedzialność (bo mam wybór)? Szef może stanowić jeszcze inną historię 🙂

Wyprawa w głąb siebie jest fascynująca i… nigdy się nie kończy. Zachęcam Was do niej gorąco.

Moje, Twoje, nasze- świadomość i odpowiedzialność

Dzisiaj zwracam się do Was z tematem, który narodził się we mnie niedawno. Tematem oczywistym, a jednak czasami bardzo abstrakcyjnym i odległym. Temat ten to, moje i twoje. Moje i Twoje, Twoje i moje, nasze.

Dzieci od najwcześniejszych chwil naturalnie i spontanicznie regulują poczucie własności. I tak, początkowo wszystko jest „moje”. Powszechnym jest widok dzieci w piaskownicy walczących o jedną łopatkę. Proces ten jest ściśle powiązany z budzącą się u dziecka świadomością własnej indywidualności i odrębności od rodziców (2 rok życia dziecka). Malec dostrzega, że jego zdanie może różnić się od zdania innych, a co najważniejsze, można je skutecznie manifestować. Dopiero w 3. roku życia dziecko zaczyna dostrzegać celowość zachowań, ma pewien wgląd w uczucia i motywy innych ludzi, uczy się reguł wymiany i współpracy. Jednak to nie wszystko.

Pozostając przy tym dopuścilibyśmy się bardzo dużego uproszenia. Dlaczego? Ponieważ oprócz materialnej własności, każdy człowiek posada swój własny, indywidualny świat wewnętrzny. Świat wewnętrzny, na który składają się myśli, pobudzenia (emocje i doznania ciała), bodźce zewnętrzne (sądy, normy, autorytety, pojęcia itp.), ściśle związane z pojęciem samoświadomości. Świadomości, która zawsze jest świadomością w teraźniejszości („tu i teraz”). Nawet jeśli myślimy o przeszłości, to dzieje się to w tym momencie, w danej chwili, jeżeli wybiegamy w przyszłość, to też to się dzieje teraz. Jednak, żeby to wszystko mogło się zadziać, potrzebujemy drugiego człowieka. Kontakt zawsze powoduje zmiany w nas samych, zmiany w partnerze relacji oraz zmiany samej relacji. I tu rodzą się komplikacje. Z jakimi treściami przyjdzie nam się zmierzyć? Jak przyjmiemy te obce treści? Co damy drugiej stronie? Każde z tych pytań niesie za sobą wiele odpowiedzi.

W tym miejscu, w którym jestem dzisiaj szczególnie ważne staje się dla mnie oddzielenie tego, co moje od tego, co twoje. Przykład, możemy zezłościć się na męża, żonę, przyjaciółkę, czy też na jakąś osobę i okazuje się, że ta złość jest częściowo skierowana na tę osobę, natomiast często bywa tak, że złościmy się, ponieważ ta osoba przypomina nam ojca, matkę albo inną znaczącą osobę z przeszłości, która zrobiła coś, co nie pozostało względem nas bez znaczenia, najczęściej w tym negatywnym kontekście. Oczywiście zjawisko to zachodzi tez w odwrotnym kierunku, to znaczy stajemy się bezpośrednimi odbiorcami emocji innych ludzi.

I tak, rodzą się kolejne pytania: to co czuję kieruję do ciebie, czy do siebie lub innych osób? To, co ty kierujesz do mnie, jest rzeczywiście dla mnie, czy skierowane jest do kogoś z twojego świata? Co to ze mną robi?

Można by zagłębiać się bardziej i bardziej, pytać o pragnienia, lęki, dążenia, cele. Przechodząc jednak do podsumowania, świadomość zachodzących w nas procesów pozwala nam nad nimi panować. Jeśli wiemy jakie są nasze pragnienia, uczucia możemy podejmować działania zmierzające do zaspokojenia naszych potrzeb i w konsekwencji, przywrócenia równowagi. Świadomość rodzi wolność. Wolność pozwala być prawdziwie ze sobą i z drugim człowiekiem. Życzę takiej wolności sobie i Wam.

Coraz bliżej święta…

Wielkimi krokami zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Czas, który może być radosny i przyjemny, ale może także okazać się szczególnie stresujący i trudny. Bierzemy na siebie dodatkowe obowiązki- do naszych codziennych spraw i pracy, dochodzi zorganizowanie prezentów, przygotowanie dekoracji, gonitwa po sklepach, pieczenie, gotowanie. Wszystko to sprawia, że nie ma czasu (ani sił) na poddanie się zadumie, a stres i presja temu towarzyszące przyćmiewają magię Świąt. Jak do tego dołożymy relacje (zwłaszcza z najbliższymi- partnerem/ partnerką, dziećmi) może zrobić się naprawdę gorąco. Pod wpływem wzajemnych (często niewyrażonych) oczekiwań może się wypełnić czara goryczy z całego niemal roku. Stres gromadzony od dłuższego czasu, pod wpływem dodatkowych zmartwień i trudności kumuluje się.

To, co możemy zrobić, to zastanowić się, co jest dla nas w tym czasie najważniejsze? Bliskość z partnerem/partnerką, dziećmi na którą przez cały rok trudno było znaleźć przestrzeń, cz może spotkania w szerokim gronie rodziny na które przez cały rok czekamy? Odpoczynek, czy wypełnianie domu zapachami przygotowywanych potraw wigilijnych (w pierwszym wypadku możemy zamówić catering, w drugim zaangażować się całą rodziną w kuchenne prace)?

Oprócz oczekiwań własnych i partnera, w Święta natrafia się często na opinie innych – rodziny, ich oczekiwań względem siebie nawzajem. W tej mieszaninie wymagań łatwo się zgubić. Ważne jest, żeby ustalić ze swoim partnerem to, jak wyobrażamy sobie przebieg Świąt, jak widzi to druga strona i jakie wspólne rozwiązanie będzie najlepsze. Kompromis jest tutaj kluczowy.

Potem zostaje już tylko odłożyć na bok mniej istotne sprawy, skupić się na partnerstwie, rodzinie, przyjmować i dzielić się radością- pozwolić sobie na cieszenie się magią świąt.

Życzę Wam Świąt wypełnionych bliskością, poczuciem bezpieczeństwa, prawdziwą radością.

„Nie rozumiem bowiem tego co czynię…”

W osobowości każdego z nas wyróżnić można: Rodzica, Dorosłego, Dziecko.

W praktyce, przykładowy dialog:

Zaspałem, która jest godzina?

– Jak zwykle nic niczego nie możesz zrobić dobrze! (Rodzic krytyczny)

Na Rodzica składają się zapisy zdarzeń zewnętrznych (upomnienia, zasady, reguły) narzuconych i niepodlegających dyskusji. Dane te zapisują się w nas „po prostu”, bez względu na ich słuszność bądź prawdziwość.

Sam sobie sprawdź. Znowu nie zrobisz tego co zaplanowaliśmy, nie będę z tobą rozmawiać. (Dziecko)

W Dziecku zapisane są uczucia na zdarzenia towarzyszące człowiekowi we wczesnych latach życia. Kieruje się zasadą- wszystko, albo nic.

-U mnie 8.30 (Dorosły)

Dorosły to zapis danych uzyskanych dzięki własnej analizie. Inaczej mówiąc, funkcja dorosłego jest sprawdzanie, czy dane zawarte w Rodzicu są prawdziwe i wciąż przydatne w życiu i skontrolowanie, czy uczucia zawarte w Dziecku są dostosowane do obecnej rzeczywistości.

Jak można zbudować w sobie silnego Dorosłego:

-nauczyć się rozpoznawania wewnętrznego Dziecka- jego lęków i sposobów okazywania

-nauczyć się rozpoznawania swojego Rodzica- jego upomnienia, nakazy a także sposoby uzewnętrzniania ich

-w razie potrzeby liczyć do 10, by dać możliwość Dorosłemu przeanalizować sytuację i odrzucić tym samym automatyczne Dziecko bądź krytycznego Rodzica

-wypracować swój własny system wartości

-być ze sobą z troską i uważnością, nie oceniać