
Tydzień później, w drodze na kolejną sesję czuję się ciężko. Nie chcę na nią iść, boli mnie głowa. Z ociąganiem stawiam każdy krok. Kiedy jestem na miejscu, naciskam przycisk domofonu, pokonuję drogę na pierwsze piętro. Windą. Schody wydają mi się dziś zbyt wymagającym rozwiązaniem. Pani T. czeka na mnie. Bez energii i entuzjazmu siadam na swoim miejscu.
Patrzę na swoje dłonie, paznokieć wskazującego palca u prawej dłoni jest dłuższy niż wszystkie pozostałe. To przez tą kłótnię z Michałem. Jesteśmy małżeństwem od dwóch miesięcy, a ja już tego żałuję. Wczoraj miał odebrać Tadka z przedszkola. Umówiliśmy się, że ja przygotuję w tym czasie obiad, zjemy razem i pójdziemy na spacer.
Ja obiad zrobiłam i to nie byle jaki. Ich ulubione spaghetti. Nie lubię go gotować, czas w kuchni jest dla mnie czasem straconym. Po co wkładać energię w skomplikowane przyrządzanie posiłków, jeśli można zjeść pierwszą rzecz jaka wpadnie ci w ręce po otwarciu lodówki?
Michał odebrał młodego, ale godzinę po umówionym czasie. W efekcie Tadeusz był ostatnim dzieckiem opuszczającym przedszkole. Dzwoniłam do szanownego małżonka kilkukrotnie i za każdym razem słyszałam- już jadę. To „już” trwało bardzo długo. Zwłaszcza, że trasa jaką miał do pokonania wynosiła 5 km.
Obiad wystygł, a ja czekając na nich zaczęłam piłować te nieszczęsne paznokcie. I właśnie został mi ten u wskazującego palca, gdy Michał wraz z Panem Synem weszli do domu. Rywalizowali o to, kto głośniej będzie wrzeszczał na siebie nawzajem. Wszystkiego mi się odechciało. Wiedziałam już, że Tadeusz do końca dnia będzie rozdrażniony, bo za długo był w przedszkolu. Michał pochłonięty był swoim zawodowym światem, jak zawsze. Wszystko inne stanowi dla niego jedynie zautomatyzowaną czynność, bez znaczenia. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że tylko mu przeszkadzamy. Po co on chciał zakładać rodzinę?
-Zastanawiam się o czym pani myśli- ze wspomnień wyrywa mnie głos Pani T.
Zaczynam jej opowiadać wczorajszą sytuację. Ze szczegółami. Nagle, ni z gruszki ni z pietruszki T. mówi:
-odnoszę wrażenie, że jest pani gdzieś obok tego, co pani opowiada. Wzrok ma pani nieobecny, ton głosu bardzo jednostajny… Czy to jest na pewno temat, którym chciałaby się pani dzisiaj zająć?
Rany boskie. O co jej znowu chodzi? Nawet nie wyobraża sobie, ile przyjście tutaj mnie dzisiaj kosztowało.
-Po prostu boli mnie głowa.- odpowiadam wymijająco.
Sowa Mądra Głowa przygląda mi się z nieco zmrużonymi oczami. Tej mimy jeszcze u niej nie widziałam. Nic nie mówi. Cisza… minuta, dwie minuty… patrzę na zegar. Jak w myjni samochodowej- czas leci, a robota stoi. Dobra, raz kozie śmierć- postanawiam.
-Nooo…- zaczynam niepewnie.
-Bo ja dzisiaj bardzo nie chciałam tu przyjść.- dukam w końcu.
-Rozumiem. Czy wie pani, co stoi za tą niechęcią?- pyta T., łagodnym, nieco przyciszonym głosem.
Zastanawiam się chwilę i odpowiadam:
-booo…, no… -wzdycham ciężko, a Sowa czeka cierpliwie.
-Okropnie się czułam w tym tygodniu. Chyba chodzi o nasze ostatnie spotkanie- udaje mi się powiedzieć w końcu. Jednocześnie czuję jak moje ciało zapada się w fotelu. Czarny zaciska na mnie swoje macki. Ledwo mogę oddychać. Poczucie winy wypełnia każdą komórkę mojego ciała.
Pani T. ściąga brwi i pyta niepewnie, jak nie ona:
-Zastanowimy się, co sprawiło, że po ostatniej sesji poczuła się pani tak źle?
-Mówiłam o rodzicach w sposób, z którego wynikało, że oni źli byli. A to nie tak. Wychowali mnie najlepiej jak potrafili. Sami nie mieli łatwego dzieciństwa, dorosłość też ich nie rozpieszczała. Nie chcę ich oceniać. A już w ogóle negatywnie. Zastanawiałam się też nad tym chwaleniem i przypomniałam sobie, że mama zawsze mówiła, że ja nikt tak dobrze w domu nie sprząta jak ja. Robiłam to bardzo starannie. Była też zadowolona z mojej samodzielności i tego, że nie musiała pilnować mnie z lekcjami, czy pakowaniem do szkoły. Z drugiej strony, kiedy ze swojego roztargnienia gubiłam różne rzeczy- książki, klucze do domu itd, nigdy na mnie nie krzyczała, nie dawała kar za to. Była naprawdę wyrozumiała. Ja wobec Tadeusza jestem dużo bardziej krytyczna w takich sytuacjach. Tata nie był wylewny, jego zadowolenie widziałam w dumnym spojrzeniu. Często, kiedy coś powiedziałam, albo zrobiłam patrzył na mnie z takim charakterystycznym wyrazem twarzy. Widać było, że się cieszy. Tak jakby krytyczne słowa nie szły w parze z rzeczywistymi uczuciami. Może jego powściągliwość nie pozwalała mu na pochwały w prost? — wyrzucam z siebie potok słów.
Pani T. przygląda mi się uważnie. Powoli zaczynam już orientować się w tych jej minach. Założę się sama ze sobą, że zaraz wypali z czymś, co wprawi mnie w osłupienie. Czekam.
-Pani Beato, czy próbuje pani teraz bronić swoich rodziców? Tłumaczyć ich?
Ha! No po prostu wiedziałam! Nie można po prostu przytaknąć, powiedzieć- „tak, rodzice dają nam wszystko co mają, trzeba to doceniać” i przejść do milszych tematów? Robię niezbyt inteligentną minę i mówię:
-Nie, chyba nie. Po prostu niesprawiedliwe było to, co ostatnio opowiadałam. Bardzo się starali, żeby mnie dobrze wychować. Mama nie miała łatwego dzieciństwa, tata bardzo młodo zachorował… Robili wszystko, co mogli. Jestem im wdzięczna, miałam w gruncie rzeczy dobre dzieciństwo.
Milczę chwilę, po czym kontynuuję:
-Przypomniało mi się teraz, jak tata mojej koleżanki próbował wejść do domu przez takie małe okienko w salonie, a jej mama wypychała go z niego wiadrem z drugiej strony. Miałam może 6-7 lat, nie rozumiałam, że on był uzależniony od alkoholu. Ta koleżanka też nigdy nic o nim nie mówiła. U innej dziewczynki z kolei było tak brudno, że na dywanie przesypywał się piasek, wszędzie walały się śmieci i porozrzucane ubrania. Na prawdę! Nikt tam nie dbał o porządek. W naszym domu takie rzeczy nie miały miejsca- było czysto, mama codziennie przygotowywała wszystkim co najmniej trzy posiłki, rodzice pracowali, nie nadużywali alkoholu.- czuję ulgę, kiedy kończę.
-Opowiedziała mi pani różne historie. Co chciała mi pani z ich pomocą powiedzieć?- pyta T. Po dłuższej chwili.
Ja nie wiem, czasem wydaje mi się, że ona nie jest Sową, a co najwyżej mało inteligentnym wróblem. Dlaczego wszystko musze jej tłumaczyć jak 5 letniemu dziecku? Tadek momentami więcej ogarnia.
-No, że w mojej rodzinie było ok. Normalnie po prostu. Nikt mnie nie bił, jeszcze na studiach mama przygotowywała mi śniadania i kolacje. Jak wracałam późno, jedzenie czekało przykryte talerzykiem. W domu było czysto, nigdy nie widziałam rodziców pijanych. – chcę mówić dalej, ale Sowa mi przerywa. Gdzie jej dobre maniery?!
-Pani Beato, rozumiem że chciałaby pani ochronić wizerunek swoich rodziców i czuje się pani winna temu, że poczuła smutek z ich powodu na ostatniej sesji.
Chwilę ze sobą walczę, obrywam skórki przy paznokciach. W końcu poddaję się. Wzdycham głęboko i mówię:
-Tak. Cały tydzień robiłam sobie wyrzuty. Wstyd mi za siebie.- potwierdzam najciszej jak się da i spuszczam głowę.
-Jak pani doświadcza tej winy i wstydu teraz?- pyta T.
-Mhmm… Teraz? Najbardziej czuję je tutaj- odpowiadam dotykając ręką klatki piersiowej.
-Coś mnie w środku ściska.- dodaję cicho i kulę się, żeby jak najbardziej się zminimalizować. Nie mogę powiedzieć T. o mackach Czarnego.
-Czy pierwszy raz doświadcza pani tych odczuć? Czy może odnajduje pani w pamięci momenty w których tak się już pani czuła?- głos Sowy jest spokojny, łagodny. Koi mnie i odważa do dalszego mówienia.
-Hmm… Czułam się tak, kiedy mama budziła mnie do przedszkola. Nienawidziłam tam chodzić. Często płakałam, a ona mówiła, że ”dopiero mogę mieć powód do płaczu”. Straszyła mnie, że po mnie w ogóle nie przyjdzie.
-Czego się pani wtedy wstydziła? Czemu czuła się pani winna?
-Tego, że jestem niegrzeczna. Nie mogłam przestać płakać mimo, że bardzo chciałam. W przedszkolu czekałam na mamę cały dzień z obawą, że za karę naprawdę mnie zostawi. Ona oczywiście zawsze po mnie przychodziła.- wspominam.
-Pomyślałam, że to musiało być dla tej dziewczynki bardzo trudne. -mówi T. a ja spuszczam głowę. Nigdy tak o tym nie myślałam. Sądziłam raczej, że po prostu ja byłam słaba… Na głos jednak tego nie wypowiadam, milczę.
-Czy pani synek też miewa takie momenty, że nie chce iść do przedszkola?
-Hmm… Pewnie. Zwłaszcza na początku, w grupie 3 latków.
-Co pani wtedy robiła?
-Jak płakał? Wiadomo, przytulałam go, starałam się okazywać zrozumienie dla jego uczuć. Żeby wiedział o której wrócę, pokazywałam mu na zegarku o której dokładnie będę. Czytałam sporo o tym, co robić żeby dziecku było łatwiej przejść tą całą adaptację.
-No, ale kiedyś nie było internetu i takiej bazy informacji. – dodaję naprędce.
-Czy mała Beatka też poczułaby się lepiej, gdyby mama ją przytuliła, zrozumiała i zapewniła, że przyjdzie po nią?- pyta Sowa.
-Sądzę, że tak. Ale moja mama mnie nie przytulała. Jak płakałam to miałam iść do swojego pokoju i się uspokoić.- odpowiadam bez namysłu. Za szybko. Już w momencie wypowiadania tych słów zaczynam ich żałować. Za późno.
-Myślę, że to były duże wymagania. Dzieci potrzebują wsparcia dorosłego, by zrozumieć i poradzić sobie z emocjami. Jeśli pozostają w tym same, uczą się, że to czego doświadczają jest złe i należy za wszelką cenę pozbyć się tego. Często myślą po prostu, że to one są złe.- Sowa tłumaczy mi wolno i spokojnie.
-Co to znaczy, że to one są złe? Te emocje?- pytam zaciekawiona.
-Już tłumaczę. Świat dziecka do pewnego momentu jest bardzo egocentryczny. To znaczy, że jego postrzeganie skupia się przede wszystkim wokół niego. W tym wypadku myślę, że mała Beata przekonana była, że nie jest złe to, że ona płacze, ale ona sama- jako człowiek.
-Teraz myślę, że ja nawet nie wiedziałam, że płaczę bo jestem smutna, albo się boję. Słyszałam po prostu, że jestem niegrzeczna i mam to zmienić.
Robi mi się smutno. Znowu czuję gulę w gardle. Przychodzi do mnie myśl, że może to nie była moja wina, że nie mogłam przestać płakać. Może po prostu to wszystko było za trudne dla mnie wtedy. Kiedy T. pyta mnie o to, co teraz czuję, dzielę się z nią moimi przemyśleniami. Siedzimy chwilę w ciszy. Tym razem nie mam potrzeby niczego przerywać…
Pani T. wyrywa mnie z tego dziwnego stanu zawieszenia:
-Pani Beato, wygląda na to, że po ostatniej sesji doświadczyła pani tych samych uczuć, co wówczas, gdy miała pani pójść do przedszkola. Jako mała dziewczynka nie mogła pani pomyśleć, że to mama robi coś niewłaściwego a nie pani. Nikogo poza rodzicami przecież pani nie miała, pani przetrwanie zależało od nich- ich obraz musiał być stabilny. Kiedy z powodu wspomnień na ostatniej sesji poczuła się pani smutna z ich powodu, od razu pojawiło się poczucie winy- zrobiłam coś złego. Wytłumaczyła pani rodziców, żeby nie stracić poczucia, że oni stanowią źródło dobra, bezpieczeństwa i przetrwania. Zastanawiam się, czy dzisiaj, kiedy ma pani lat… 30?- pyta T. bardziej z zaciekawieniem, niż skrępowaniem, że nie pamięta.
-32- odpowiadam szybko.
-Czy dziś, kiedy ma pani 32 lata, dalej musi pani układać swój świat tak jakby pani życie było zależne jedynie od rodziców?
-No nie.- mówię niepewnie. Ojciec nie żyje, a z matką kontakt mam bardzo sporadycznie. Moje życie nie jest od nich zależne „jedynie”, a w ogóle.
Sowa patrzy na mnie, ja na nią. Nie rozumiem nic z tego, co ona do mnie mówi. Spoglądam na zegarek, pora kończyć. W tym samym momencie Sowa to potwierdza. Mówi coś jeszcze, ale ja już jej nie słucham. Wychodzę z gabinetu jakby w transie. Nie wiem co o tym myśleć. To prawda, że kiedy w relacji z drugim człowiekiem cos mi nie pasuje, od razu zadziewa się tak, że Czarny przedstawia mi długą listę tego, co jest moją winą. W języku matematyki jest to bardzo proste. Niezależnie jaką liczbę (trudne wydarzenie) podniosę je do potęgi zero (Czarny), wynik zawsze będzie równał się jeden (poczucie winy). Rety… potrzebuję czasu, żeby sobie wszystko ułożyć. Czemu to nie jest tak, jak w matematyce? Zasady są zawsze takie same, nie ma zbyt wielu efektów zaskoczenia. W tej całej psychologii jest nieskończona ilośc zmiennych- przeszłość, przyszłość, teraźniejszość, ludzie, emocje- MASAKRA. Na przystanek idę okrężna drogą, potrzebuję dziś bardziej niezwykle wrócić do twardej rzeczywistości…